Miniaturowe

Właściwy czas na sadzenie i hodowanie miniaturowych róż to prawie każda chwila, o której myślisz. Te urocze małe klejnoty szybko zdobywają należne im miejsce w ogrodach  świata. Ralph Moore  „Wszystko o Różach Miniaturowych. „

„Tożsamość osoby, która sprowadziła pierwszego członka tej bardzo interesującej rodziny róż do Anglii i gdzie ją pozyskał, nie jest znana” – tak zaczyna rozdział poświęcony rosa chinensis minima, Roy Shepperd w swojej History of Roses – str. 62. Jednak bezwzględni badacze i klasyfikatorzy za wszelką cenę starają się je umieścić w swoim uładzonym u porządkowanym świecie , jednakże z miniaturą, tak się  nie da. To róże, mityczno-mistyczne, wręcz metafizyczne i bez filozofii ich nie pojmiesz. Tak jak ruscy bez wódki niczewo nie panimajut. Bowiem już pierwsze pytanie : Skąd one się wzięły, wydaje się , że proste i precyzyjne ale odpowiedź na nie napotyka na  nie  dające się pokonać trudności. Ci którzy chcą widzieć świat uładzonym znaleźli już odpowiedź: od rosa chinensis minima. No i dobrze , ale ręka do góry, niech ją podniosą ci którzy widzieli ową rosa chinensis minima. Cisza? Na drugim biegunie  znajdziemy tych którzy to jednoznacznie zanegują  twierdząc, że żadnej rosa chinensis minima nie ma i nie było. I ci , jak Ralph More, maja za sobą wielkie, bogate życie, prawie stuletnią praktykę w obcowaniu z różami a zwłaszcza różami miniaturowymi. Jak więc w rzeczywistości było? Tego właśnie nie wiemy.

Zacznijmy więc może od owych mitów. Dobrze osadzona jest w realiach narracja Henri Correvana, który opowiada jak to jego przyjaciel pułkownik Roulet , przebywając  w Szwajcarii, zoczył na parapecie jednego z domków wiejskich w Mauborjet małą kwitnącą na ciemno różowo , różyczkę  jak gdyby o pomniejszonych pędach, liściach i kwiatach. Zauroczony nią  wybłagał właściciela o sadzonki, które przekazał  Correvanowi.  Przy okazji dowiedział się, że  różyczka ta była uprawiana przez właścicieli od pokoleń. Sto lat? Być może, a może i więcej. Jest to rok 1917. Namnożone sadzonki , trafiają na rynek, ale w sumie jest to tylko ciekawostka. Głowy nie urywa,

Przy okazji dowiadujemy się, że ona nie była wcale pierwsza. Już gdzieś tam w połowie XVIII wieku / 1762/na terenie Anglii spotkamy się z różami miniaturowymi. Później nagle okazuje się jak pisze Sean McCann , że ten kto tę rewelację wygrzebał pomylił  rok z numerem ryciny. Może nie znał łaciny? Tak więc historia z powrotem cofa się mniej więcej do połowy wieku  XIX gdy miniaturowe pojawiają się w kwiaciarniach. Wyraźniejszy ślad w historii róż zostawiły lawrenciany, miniaturowe róże nazwane tak od nazwiska malarki Mary Lawrace , która na przełomie XVIII i XIX wieku, pasjami je uwieczniała na obrazach.  Pojawiły się i zniknęły. Tu czujemy się pewniej. No i okazuje się, że mamy kolejny trop,/ może po lawrentianach?/ bo gdzieś w ogrodzie prywatnym w Oakington koło Cambridge  Alan Bloom, znajduje około roku 1930 w prywatnym ogrodzie   kolejnego karzełka, który w rękach czy też na grządkach tej samej rodziny gościł od wielu pokoleń. Nazwie go Oakington Ruby. Ponieważ Bloomowie prowadzą firmę ogrodniczą, bez problemu namnażają znajdę i wchodzi ona do obrotu handlowego.

I o jeszcze jednej różyczce trzeba by wspomnieć. Pompon de Paris, róży którą sprzedawano  w XIX wieku w  Paryżu jako doniczkową roślinę. Znana była mniej więcej od roku 1840. Wielu autorów traktuje ją jako identyczną z Rouletti.

Skoro tak się rzeczy mają, że miniaturowe róże znaleziono w różnym czasie i w różnych miejscach a na dokładkę były / czy też są / do siebie bardzo podobne więc musiały mieć swego przodka ową rosa chinensis minima, która podkreślmy to jeszcze raz była czy też musiała być. Narracja ta  bardzo się upowszechniła bo była prosta, logiczna  i wiele porządkowała, a porządkować trzeba było bo oto dochodzi do przełomu. Pewne rzeczy jak wiemy czasem sobie leżą i leża, czas je kurzem przysypie i nagle ktoś sięga po nie , odkurza i okazuje  się , że to perła, nieomal jak zapomniane jajko Faberge po babci.Tak też było z Rouletti. Sięgnął po nią mało znany holenderski szkółkarz Jan de Vink. Gdy zapylił ją w 1935 roku pyłkiem innej, o drobnej posturze różyczki, polyanty  Gloria Mundi wyhodowanej przez Ruitera  w roku 1929 – uzyskał miniaturkę którą nazwał Peon , a która to wzbudziła wprawdzie drwiny i wesołość kolegów po fachu, ale zaintrygowała Roberta Pyle z USA, który w tym czasie peregrynował po Europie w poszukiwaniu ciekawostek i nowości dla swego giganta ogrodniczego a z hodowlą nowych odmian róż w Stanach Zjednoczonych, jak wiemy, było wówczas nietęgo. Odwiedził i Jana de Vink.  Zaintrygowała go ta miniaturka. Bierze owego Peona i przemierzają Atlantyk by tam zmienić  jego imię na Tom Thumb -  jest to niezbędne w królestwie wpływów marketingu. A ponieważ pojawia się zainteresowanie klienteli, Robert Pyle opatentowuje ten wynalazek hodowlany. Gdy umieszcza ją swym katalogu, chętnych do nabycia owego dziwu jest tyle, że podaż się nie wyrobiła i Tomcio znika na rok z katalogu by firma mogła zgromadzić odpowiednie zapasy towaru.  Przyszedł bowiem czas na miniatury.  Coraz więcej ludzi, w tym i majętnych mieszka  w tłocznych zbiorowiskach gdzie  miniaturka w mini ogrodzie czy wręcz na  parapecie okna jest w sam raz. Jan de Vink zasypany deszczem dolarów rozwija swą firmę i proponuje kolejne kreacje. Kariera de Vink’a po niecałych 20 latach, kończy się równie spektakularnie jak i się zaczęła. Traci wzrok i wycofuje się z biznesu. Po sobie zostawia jeszcze kilka innych wspaniałości jak Pixie, Midget czy przede wszystkim wspaniałą, otrzymaną w roku 1953 z mariażu  Toma Thumb i Cecile Brunner -  Cinderellę.

Jeżeli już została wydeptana ścieżka , to tylko kwestia czasu by mogli podążyć nią inni. Kto był następny? Pedro Dot czy Ralph Moore? Gdybyśmy posłużyli się tu figurą retoryczną z A.Czechowa, to moglibyśmy odpowiedzieć, że zapewne pierwszy był jeden albo drugi. Ja, dałbym pierwszeństwo Pedro Dotowi. W roku 1940 dowiadujemy się, że  wykorzystuje on  pomysł Holendra i  zapylając własną odmianę, floribundę  Eduadro Toda, pyłkiem Rouletti, otrzymuje  swoją własną,pierwszą miniaturkę Baby Gold Star. Powoli i konsekwentnie rozwija  intrygujący własny świat miniaturek. Główne skrzypce grają w nim i Rouletti i Pompon de Paris. Są to czasy wojny domowej w Hiszpanii i drugiej wojny światowej i utrudnionego przepływu informacji. Jednakże Hiszpanie są świadomi wyjątkowości tego co robi Pedro Dot. Rząd rewolucyjny nawet chroni jego posiadłość dekretem jako dobro narodowe. Są to lata czterdzieste.

Za oceanem natomiast dojrzewa przyszły gigant w świecie róż a w świecie róż miniaturowych. to postać zupełnie wyjątkowa. Jest to Ralph Moore.  W jego twórczości pojawią się w zasadzie wszystkie trzy wspomniane wcześniej nurty. Jest Rosa Rouletti jest i tajemnicza Dama z Oksfordu czyli Oakington Ruby, znaleziona w roku 1933 przez C.R. Blooma w ogrodzie prywatnym koło Oksfordu. Jest też i Tomcio Paluch  i dorobek Pedro Dota. Jak powiada sam R.Moore, Rouletti, po raz pierwszy  zobaczył w roku 1935 i bardzo go ona zaintrygowała więc szybko dołączyła do niej tak Pompon de Paris jak i Tom Thumb. Rynek na miniatury dopiero się rodził, nic więc dziwnego, że dopiero  w roku 1940  ujrzała światło dzienne jego pierworodna – Zee – będąca owocem związku przeciętnej pnącej polyanty Carolyn Dean z Tom Thumb .

To właśnie Ralph Moore  oceniając swój pięćdziesięcioletni  z okładem dorobek, we wspaniałym wydanym w roku  manifeście , który zatytułował: „Wszystko o miniaturowych różach” , zaneguje  sens istnienia rosa chinensis minima. Pokaże, że miniaturki pojawiały się na przestrzeni dziejów i znikały w zależności od mody czy zapotrzebowania społecznego. Pojawiały się również w mainstreamie hodowlanym bez faktycznego udziału owego mitycznego źródła. Pokazuje też jak pojawiały się miniaturki  z udziałem np. Old Blush  a przykładem niech będzie siewka Old Blush z wolnego zapylenia – Blue Bird/- czy wręcz bez udziału róży chińskiej. Przykładem niech będzie Baby Peace, miniaturowy sport od Peace.

I jeszcze o jednym aspekcie pracy Ralpha Moore chciałem powiedzieć. Posłużę się tu  cytatem z jego  All About Miniature Roses :”Prace i pisma dr Waltera Lammertsa znacznie przyczyniły się do mojego sukcesu w hodowli miniatur, mimo że jest on znany w kręgach miłośników róż dzięki rozwojowi odmian wielkokwiatowych, takich jak „Charlotte Armstrong”, „Chrysler Imperial”, „American Heritage” i Queen Elizabeth”. Jego odkrycie i sformułowanie podstawowych praw dotyczących dziedziczenia koloru czerwonego / żółtego dwukolorowego koloru, długości pąków i innych cech pomogło udostępnić te cechy w moich miniaturach.” – npisał Ralph Moore  we : Wszystko o Miniaturowych różach.

Walter Lammerts był aktywnym kreacjonistą,  i jestem przekonany, że R. Moore świadomie czy nie, ten sposób myślenia o świecie  przyjął. Jego rozważania o naturze hybrydyzacji  o poszukiwaniach i celach jakie przed sobą stawiał chwytają za serce. To hymn o wielkości i wszechmocy Boga. Czytając  zwłaszcza rozdziały 20 i 21 byłem jak zahipnotyzowany. Jakże ważne jest poprawne odczytanie swego miejsca w świecie i swej roli jaką przyszło nam odegrać. Nie, to nie jest tani determinizm, bo ciężko jest polemizować  np, ze stwierdzeniem: że w hybrydyzacji nie możemy wyjąć więcej niż włożyliśmy.

To zapewne dlatego powiedział: ” Celem całej mojej hodowli było wyhodowanie lepszych miniaturowych róż, a nie tylko czegoś innego.” Jakże proroczo brzmią te słowa dzisiaj w dobie bezwzględnego dyktatu rynku, gdy miłośnicy róż na całym świecie  skazani są na samotną walkę z zalewającym ich chłamem hodowlanym. Ralph Moore świetnie wykorzystał niezwykły dar Boży jakim było długie ponad stuletnie życie.  Świat róż miniaturowych zostanie przez niego bardzo poszerzony. Już w początkach swojej pracy z miniaturkami wyhoduje miniaturowe róże pnące. Było to  jeszcze w czasie gdy nikogo nie interesowały podobne ekstrawagancje i trop ten z braku zainteresowania nim zaniechał. Podjął go ponownie  angielski hybrydyzer amator Chris Warner który jeszcze przed rokiem 1990  pokazał swój dorobek w tym zakresie i otrzymał od RNRS  główną nagrodę za piękną pnącą miniaturkę Laura Ford. .

Moore  natomiast zainteresował się nowymi wyzwaniami. Wyhodował mianowicie miniaturową różę mchową, czy zaimplementował  do miniaturek intrygujące ozdobne sepale  Chapeau de Napoleon, wyhodował pierwsze miniaturki striped i będąc już w wieku około setki cieszy się: rozwiązałem problem striped – czekam na nowe wyzwania.

Za tymi gigantami przyszło wielu innych, przywołani przez zew rynku i wielkie pieniądze jakie tam leżą . Jak hieny podążające za zapachem rozkładającego sie mięsa.Wspomnijmy o niektórych Bożych Szaleńcach jak np Quinto Mansuino, który podjął się niejako swoistej mission impossible. Mianowicie postawił sobie za cel wyhodowanie  róży miniaturowej z udziałem r. banksiae. Tylko ten kto widział r. banksiae w akcji wie jak szalone wyzwanie rzucił sobie Q.Mansuino. Nie miejsce tu na opisywanie jego  perypetii – dość powiedzieć, że wygrał. Wyhodował całą grupę/ klasę/ róż  o proporcjonalnie pomniejszonych wszystkich elementach rośliny. Tak pędach jak i kwiatach czy liściach. Tę grupę róż zwiastowała Generosa.  Wówczas Mansuino poczuł, że osiągnął swój cel. Według irlandzkiego eksperta od róż, Seana McCanna: ”To nie była miniaturka w tym sensie jaki dziś przypisujemy temu określeniu, ale piękna miniaturowa róża oznaczona jako miniaturowy mieszaniec herbatni, progenitor linii uprawnej do produkcji kwiatów ciętych uprawianych głównie we Włoszech od końca lat sześćdziesiątych”.

Niewdzięcznikiem byłbym , gdybym nie powiedział kilku słów o Keith Laverze.To zmarły   17 lutego 2010 roku  w wieku 93 lat, niezwykle płodny a u nas prawie nieznany hodowca kanadyjski.  Szczególnym powodem do chwały Lavera może być imponująca kolekcja róż miniaturowych, według CRS, zarejestrował 105 odmian miniaturek. Posiada w tym zakresie bogate doświadczenie bowiem od roku 1982 wypuścił dwie serie hodowlane róż miniaturowych Potluck i Sprigwood . Jego odmiana Potluck Yellow została sprzedana na całym świecie w ilości ponad 5 mln egzemplarzy.Natomiast Gold Mine została w 1985 roku, oficjalną różą World Federation of Rose Societies. Przez pewien czas był prezesem CRS. Poza działalnością hybrydyzerską oczywiście prowadził również szkółki róż. W swojej firmie był prekursorem zastosowania technik komputerowych w hodowli róż miniaturowych.

No to może jeszcze coś o Harmonie Saville. Był jednym z największych na świecie hodowców i producentów miniaturowych róż. W roku 1971 założył specjalistyczną firmę Nor’Est Miniature Roses, która zajmowała się nie tylko produkcją róż, ale i ich hodowlą.   To kolekcjoner nagród i wyróżnień takich jak Award of Excellence ( AOE) jak i  AARS. Pierwszą róż z którą  wygrał nagrodę AOE była Child’Play. Potem to już seryjnie. Na pierwszym miejscu postawiłbym tu Party Girl z którą wygrał pierwszą Award of Exellence w roku 1981.”Party Girl” była pierwszą z wielu nagród ARS Award of Excellence zwycięzcy (1981) i z odmianą tą wiąże się około 65 potomków wyhodowanych również przez innych hodowców.Jego ostatnie osiągnięcia hodowlane to  wprowadzenie zapachu do róż miniaturowych. Tym samym jego pachnące Scentsational i Seattle Scentsational - stały się trwałym wkładem w dziedzictwo  świata róż.

Niech cytat Davida Austina, wybitnego angielskiego hodowcy róż, podsumuje zarysowaną tu miniaturową ewolucję róż: „Dziwnym faktem jest, że miniaturowe róże zyskały więcej uwagi w krainie„ większych i lepszych,„ w Stanach Zjednoczonych, niż gdziekolwiek indziej jeszcze.” Może czas pomyśleć o miniaturach nie tylko o roślinach rosnących na parapetach lub w glinianych doniczkach w kuchni babci, ale o wszechstronnych roślinach ogrodowych.

O różach miniaturowych przeczytamy jeszcze :

http://www.roses.webhost.pl/2017/12/miniaturowe-roze-mchowe-ralpha-moore/

http://www.roses.webhost.pl/2018/02/miniaturki-pedro-dota/

http://www.roses.webhost.pl/2020/01/jan-de-vink-i-jego-miniaturowe-roze/

http://www.roses.webhost.pl/2020/03/miniatury-w-polsce/

 

1 komentarz do “Miniaturowe”

  1. Kurek Tadeusz napisał:

    Jak tylko zobaczyłem tytuł od razu pomyślałem, że jest to jedyne miejsce żeby wspomnieć wspaniałą postać polskiego świata miniaturowych róż księdza Hieronima Lewandowskiego.
    Jego historia jest pod tym adresem: https://gloswielkopolski.pl/hieronim-lewandowski-zyl-miedzy-pieknem-a-okrucienstwem/ar/3407685. Tutaj przytoczę jeden z rozdziałów tej historii.

    „Różpasterz
    Wielka pasją, a nawet więcej – miłością ks. Lewandowskiego były róże. Często można było go spotkać w parafialnym ogrodzie, gdy pielęgnował różane krzewy.
    Ksiądz znał wszystkich znaczących posiadaczy rozariów w Polsce i wielu zagranicznych. Utrzymywał kontakty m.in. z rodziną Kordes – europejskimi potentatami w tworzeniu nowych odmian i produkcji róż. Korespondował z pasjonatami i spotykał się z nimi na zawodach hodowców. Piękne róże z kościelnego ogrodu niejednokrotnie zdobywały główne wyróżnienia i nagrody w konkursach amatorów.
    Kwiaty nie były dla proboszcza ze wzgórza św. Wojciecha tylko hobby. Zajmował się nimi również w celach… biznesowych – jak dzisiaj by to określono. W rejonie Wolsztyna i Kościana okresowo dzierżawił pola od rolników i hodował na nich na masową skalę róże przeznaczone na sprzedaż. Ksiądz korzystał z pomocy członków rodziny i parafian – przede wszystkim w najżmudniejszej części hodowli, czyli oczkowaniu (okulizacji). Szlachetne odmiany róż są mało odporne na panujące w naszym kraju warunki klimatyczne, więc zaszczepia się je na krzakach dzikiej róży. Jest to jednak zajęcie bardzo pracochłonne.
    Róże ks. Lewandowskiego świetnie się sprzedawały. Głównie dzięki temu, że były to odmiany bardzo dekoracyjne – z nasion uzyskanych z wymiany między pasjonatami. Jeśli warunki pogodowe sprzyjały, różany interes był dochodowy. Ale zarobionych pieniędzy proboszcz nie przeznaczał na prywatne wydatki.
    - Stryj w ten sposób zdobywał pieniądze na utrzymanie swojej parafii, remonty czy pielgrzymki. Jego róże znacząco pomogły także w odbudowie franciszkańskiego klasztoru w Woźnikach – wspomina Hieronim Cichy, krewny proboszcza.”

    Poza tym ks. Hieronim był członkiem Sądu Koleżeńskiego Polskiego Towarzystwa Miłośników Róż. Na wystawach tego Towarzystwa zdobywał kolejno następujące nagrody:
    II Ogólnopolska Wystawa Róż w Poznaniu – Grupa Amatorów – ks. H. Lewandowski – Srebrna Róża,
    IV Ogólnopolska Wystawa Róż w Warszawie – Grupa
    Amatorów – ks. H. Lewandowski – Brązowa Róża,
    V Ogólnopolska Wystawa Róż w Poznaniu – Grupa Amatorów – ks. H. Lewandowski – Złota Róża,
    VI ogólnopolska Wystawa Róż w Krakowie – Grupa Amatorów – ks H. Lewandowski – Poza konkursem,
    VII Ogólnopolska Wystawa Róż w Warszawie – Klasa Amatorów – ks. H. Lewandowski – Brązowa Róża,
    VIII Ogólnopolska Wystawa Róż w Gdańsku – Klasa Amatorów – ks H. Lewandowski – Złota Róża.

    W pierwszym Roczniku Polskiego Towarzystwa Miłośników Róż z 1965 roku ksiądz Hieronim Lewandowski tak pisze o różach miniaturowych:

    Ks. Hieronim Lewandowski

    Róże – miniatury

    Rozpocznę ten mój pierwszy artykuł o miniaturowych różach od wspomnienia z wystawy ciętych róż w rozległych piwnicach Dworu Artusa w Gdańsku w ubiegłym roku (1965 r.)
    Zwiedzających było bardzo dużo. Powoli przesuwali się oni od stoiska do stoiska w nieprzerwanym „ogonku”. W pewnym momencie usłyszałem pełne zachwytu wołanie chłopczyka: „Mamusiu, zobacz jakie śliczne małe różyczki!” Okrzyk ten zwrócił uwagę zwiedzających na miniaturowe róże, których kilkanaście bukiecików stało w filigranowych wazonikach.
    Zwiedzający podziwiali na tle wielu wspaniałych róż wielkokwiatowych urocze miniaturki. Były tam ‚Perle d’Alcanada’ i ‚Scarlet Gem’ – czerwone, o lekko karbowanych płatkach, ‚Zwergkonig’, ‚Zwergkonigin’, ‚Perle de Montserrat’ i Red Imp’ – najmniejsza z maluchów. Urzekała swą pomarańczową barwą złota medalistka na międzynarodowym konkursie róż w Hadze (1962) – ‚Colibri’. Zachwycała oko swą oryginalną budową kwiatu ‚Cindarella’ – biała z lekkim czerwonym obrzeżeniem. Kopciuszek ten – bo tak w tłumaczeniu brzmi imię tej różyczki – w Stanach Zjednoczonych zdobył wielką popularność. Setki tysięcy doniczek spod szkła rozchodzi się do domów i skalnych ogródków. Były też miniatury w kolorze żółtym – ‚Josephina Wheatcroft’ i ‚Baby Gold Star’ oraz jaśniejsza od nich ‚Para Ti’. Barwą różową popisywała się bardzo cenna ‚Bo-Peep’ – o kwiatuszkach lekko wklęsłych i ‚Sweet Fairy’. Znajdowała się tam też jedna odmiana dwubarwna o dowcipnym imieniu ‚Little Flirt’.
    Za wymienionymi różyczkami, w nieco większych wazonikach stały miniatury pnące: ‚Pink Cameo’ – różowa o kształtnych długich pąkach, ‚Climbing Jackie’ – jasnożółta i ‚Magic Wand’ – ostrolistna o amarantowoczerwonych kwiatuszkach. Mam je w moim ogrodzie – dorastają tam do wysokości 1 metra dając setki kwiatów nadzwyczaj uroczych.
    W ubiegłym roku pod koniec lata, dzięki życzliwości W. Kordesa, otrzymałem 6 zrazów innych róż miniaturowych. Zaokulizowałem je na zwykłej pikówce Rosa Canina. Oby tylko się przyjęły, a zobaczę po raz pierwszy „na żywo” takie odmiany, jak ‚Baby Masquerade’ o kwiatach złocistożółtych do czerwonych, ‚Coralin’ – o kwiatuszkach koralowoczerwonych, ‚Little Scotch’ – o barwie żółtobiałej, ‚Mr. Bluebird’ – mającą kwiaty półpełne, o nadzwyczajnym kolorze lawendowofioletowym i ‚Rosmarin’ – srebrzystoróżową o jasnoczerwonym środku.

    /Tu jest krótka historia miniatur, którą pomijam, gdyż dużo szerzej i dokładniej zrobił to Pan Sołtys/

    Uprawa miniatur – tych delikatnych roślin – w zasadzie nie jest trudniejsza niż uprawa róż wielkokwiatowych, choć między poszczególnymi odmianami występują pod tym względem różnice. Odmiany ‚Bo-Peep’,'Red Imp’, ‚Cindarella’, ‚Sweet Fairy’ mają tak delikatne cienkie pędy, że prawie niemożliwa jest okulizacja na Rosa canina. Natomiast odmiany silniej rosnące, jak ‚Perle d’Alcanada’, ‚Perle de Montserrat’, ‚Colibri’, ‚Zwergkonig’, ‚Scarlet Gem’ można z łatwością zaokulizować. W USA całe olbrzymie szklarnie zapełnia się setkami tysięcy doniczek właśnie z tymi najmniejszymi różyczkami, rozmnażając je przez sadzonkowanie. Ukorzeniają się one łatwo. Gdy otrzymałem (w pudełku od cygar)pierwszą przesyłkę zawierającą 22 krzaczki, mogłem po rozpakowaniu umieścić je wszystkie razem z korzeniami i pędami w jednej szklance! Szyjka korzeniowa tych miniatur miała grubość zapałki.
    Róże te posadziłem w ogrodzie przed trzema laty i po dziś dzień żyją znosząc nieźle nasz klimat. Oczywiście na zimę je zabezpieczyłem. W moich skromnych warunkach dochowałem się w ogrodzie krzaczków, które miały po 50 i więcej kwiatów w jednym rzucie. Zaś odmiany pnące jak ‚Pink Cameo’, ‚Magic Wand’ czy ‚Clg Jackie’ pyszniły się setkami kwiatów.
    Dla mnie dość trudnym do rozwiązania zagadnieniem jest dobranie podkładek do okulizacji tych delikatnych różyczek. Myślę, że powinny to być podkładki o systemie korzeniowym bardzo drobnym i niezbyt silnie rosnące. Dotąd posługiwałem się dostępnymi dla mnie siewkami Rosa canina, dokonując okulizacji na pikówce. Wyniki miałem dobre.

Napisz komentarz