Marechal Niel

marechal-niel-mal-karpinski-1942jpg-2.jpg

Herbatnia. Noisette. Przeważają opinie iż jest to najlepsza róża świata.

Hodowca – Wyhodowana w firmie  z Montauban – Henri & Girauld Pradel ojciec i syn w roku 1862. Zrobiła z nich bogatych ludzi. W Polsce, przed wojną nazywana była swojsko i pieszczotliwie – Marszanilką. Bronisław Gałczyński w swojej książce „Róże w ogrodzie” wydanej w roku 1927, stronie 46 pisze:”Mamy obecnie wielkie mnóstwo nowych odmian róż, ale nie mamy piękniejszych niż Marie van Houtte czy Marechal Niel „. marechal-niel-aut-fantin-latour Fotografia obok – przedstawia obraz pędzla Fantin Latour a na nim róża Marechal Niel.

Kwiaty ma o średnicy 10cm. Bardzo pachnące w kolorze lekko żółtym. Dobre do cięcia. Toleruje uprawę w częściowym zacienieniu.

marechal-niel marechal-niel2

marechal-niel5 Fotografie – przez uprzejmość Pani Urszula Trętowska – Montisfont Abbey .

Krzew rośnie do ponad 4m wysokości.

Pochodzenie: opinie są rozbieżne.  Albo siewka Cloth of Gold, albo siewka Isabella Gray. Spotkamy jeszcze:Marechal Niel a feuilles panache, Marechal Niel a fleurs blanche, Marechal Niel blanc de Deegen z roku 1895 . Tu na chromolitografii

deegens-weisse-marechal-niel

marechal-niel-le-livre-dor-des-roses-paul-hariot-1903_0151 Chromolitografia pochodzi z książki Le Livre d’Or des Roses Paula Heriot ,

oraz z Rosen Zeitung .

I to są  sporty Marszanilki. Jest jeszcze krzyżówka  z General Jacqueminot oczywiście – jakże by inaczej – w kolorze czerwonym –  Marechal Niel rouge z roku 1897 wyhodowana przez dr. F. Mulera . Sama też dawała życie innym odmianom a jej urok nie słabnie do dziś. Jedną z ostatnich krzyżówek z udziałem Marszanilki , jakie znam jest  klimber Helene Marechal Louisa Lensa z roku 1995.

marechal-niel-jdr

marechal-niel-3  Chromolitografia z Gallica Biblioteque Numerique – Journal des Roses i z dzieła Hippolite Jamain – Les Roses.

Wróćmy do  białych sportów . W The New York Times z 13 czerwca 1895 roku znajdziemy opublikowany  list Franka Deegana datowany na 23 maja ,   z Kostriz Turyngia, w którym opisuje on  odkrycie białego sportu Marechal Niel.

marechal-niel Rycina pochodzi z angielskiego tygodnika ogrodniczego The Garden .

…Kto nie pamięta jak wielki entuzjazm wzbudził”Marechal Niel” , róża która do dziś jest niepodważalnie królową wszystkich żółtych róż. Cały świat ekscytował się i  podziwiał jej piękno i grację. Przez ten czas , w sposób naturalny pragnęliśmy aby wydała białe kwiaty. Ze wszystkimi miłośnikami kwiatów będziemy cieszyć się , że po 30 latach ich życzenie spełni się w niedalekiej przyszłości. Pod moją opieką, jest w uprawie duża kolekcja róż. Tam odkryłem białego Niela, który to podobie jak i żółty wzbudził dużo entuzjazmu. Ten piękny biały Niel ma piękny delikatny kolor, potem w miarę rozwoju jasnokremowy z długimi pięknie uformowanymi pąkami przypominajcymi „Niphethos”. Dlatego ,że to będzie znakomity piękny kolor i elegancka forma przewyższająca wszystko inne, przewiduję tryufalny  marsz przez świat. Każdy miłośnik róż będzie chciał mieć  go w swoim ogrodzie.” Tyle Franz Deegen.

Okazało się jednak ,że w tym samym czasie redakcja otrzymuje list od pewnej Damy z Waszyngtonu, miłośniczki róż, która opisuje inny sport od bohatera naszej opowieści. Pisze ona: Uprawiam w moim ogrodzie nową różę, sport od „Marechal Niel”. Ukorzeniłam ją z sadzonki dwa lata temu wiosną. Ma ona zapach jak”Marechal Niel, takie same zewnętrzne płatki i bardzo pełny kwiat. Pąk ma wygląd jak róży matecznej, jest duży i perfekcyjnie zbudowany. Kolor ma kremowo biały. Liście takie same jak u Marszałka.

Jest jeszcze jedna legenda z New York Times Tym razem o samym Marszałku Adolphe Niel /1802-1869/,który po wyczerpującej kampanii włoskiej, odprawia wojsko do Francji a sam znękany chorobami i ranami dochodzi do zdrowia we Włoszech. Dzielnie mu wtym pomaga jedno dziewcze chłopskie, kóre służy mu za pięlęgniarkę i towarzysza. Jednego razu dziewcze przyniosło mu kosz róż z których słynie Kampania. Wszystkie one uschły. Poza jedną gałązką, która wypuściła pęd i ukorzeniła się. Niel postanowił przewieźć ją do Francji.  Legenda ta zazębia się z inną , która przytaczam za „Naming the Rose” Rogera Manna, str.132. Legenda mówi, że młody generał zaprezentował i wręczył tą różę Cesarzowej Eugenii. Gdy ta spytała go o nazwę tej róży  - odparł zgodnie z prawdą , że nie ma jeszcze nazwy. Wówczas Cesarzowa postanawia – Będzie się nazywać Marechal Niel. Ależ Madame, jestem zaszczycony, ale nie jestem marszałkiem. Już jesteś – odparła cesarzowa.

Marceli Ciesielski w „Ogrodach” pisze: „Jeszcze w latach 60 ub. wieku spotykałem krzewy tej odmiany rosnące pod ścianą w jednospadowych szklarniach. Kwitły zwykle w kwietniu i używano ich do bukietów ślubnych. Jej wspaniałe kwiaty mają żółtozielonkawą barwę i charakterystyczny herbaciany zapach.” niel-marechal.jpg

Marszałek Adolphe Niel/1808- 1869 okrył się sławą pod Sewastopolem w roku 1855, pod Solferino w roku1859. Nadto był ministrem wojny w latach 1867- 1869. Nadto był kawalerem Legii Honorowej.

Marszałek Adophe Niel był nie tylko kawalerem Legii honorowej, ale w ogóle był kawalerem. Z faktem tym wiąże się kolejna zabawna anegdota. Otóż Pradel w roku 1857 przygotowywał sadzonki róży Chrometella dla klienta. Okazało się, że jeden krzew wyszedł nie tak jak trzeba. Zastąpił więc go swoją siewką . W tym samym roku, Victor Verdier był członkiem Jury na Montabaun Rose Trial. Zapamiętał sobie tą siewkę  i wziął sadzonkę. W roku 1864 postanowił różę tą dopuścić do handlu i  zadedykować ją Pani Marszałkowej Niel. Na całe szczęście udało mu się uniknąć niezłego zamieszania gdyż  uprzedzono , że wszak Marszałek Niel jest kawalerem!. Anegdotę tę podaję za Odille Masquelier, z książki „Noisette roses” , str. 63.wydanej pod redakcją Virginii Kean  przez Charleston Horticultural Society w roku 2009.

marechal-niel   Rycina pochodzi z obszernego wydawnictwa z roku 1885    Dictionaire des roses Maxa Singera  .

W roku 1881 w USA, ukazała się mała książeczka An Essay on Roses autorstwa Mrs. M.D.Wellcome a w niej czytamy: „To piękna róża, czołowa w swojej klasie. Wspaniała pnąca odmiana do uprawy pod szkłem, która w sprzyjających okolicznościach, kwitnie bardzo obficie. Pan Pearson, angielski kwiaciarz, w Gardener Monthly, twierdzi, że z jednej rośliny uzyskał w ciągu roku 2000 kwiatów! Nasi ogrodnicy nie są gorsi . Jeden z nich z jednej rośliny, która u niego rozrosła się do monstrualnych rozmiarów i jej pędy osiągają do 15 metrów długości, za jednym cięciem uzyskuje  300 róż a w ciągu roku uzyskał ich 4000!!! Ja też starałam się – pisze autorka-ale moja roślina nie nagrodziła mnie tak hojnie.

 

 

 

39 komentarzy do “Marechal Niel”

  1. puchowska napisał:

    można ją gdzieś w Polsce zdobyc?

  2. admin napisał:

    Z całą pewnością NIE. Ale proszę Pani jesteśmy w Europie.
    Marian

  3. Agnieszka Puchowska napisał:

    Już wiem,gdzie można ją kupić.[url=http://www.rosenhof-schultheis.de/Rosen/Historische_Rosen/Noisetterosen/Gelb/index.html]Tutaj[/url]

  4. Kurek Tadeusz napisał:

    Dwa krzewy tej róży są u mnie w Kudrynkach czyli w Puszczy Augustowskiej (nad Kanałem Augustowskim) blisko białoruskiej granicy.
    Mam również kilkunastoletnie Rosarium Uetersen, na którym jedna gałązka od dwóch lat kwitnie na jasno różowo w kontraście do reszty bardzo ciemno różowej.

  5. Mary napisał:

    Bardzo interesujący wpis o tych różach „Marechal Niel”. Pozwoliłam sobie wykorzystać podane przez Panią informację, pisząc o różach „Marechal Niel” na kresach wschodnich. Oczywiście, wskazałam źródło i podałam linka do Pani bloga.
    Pozdrawiam serdecznie!

  6. admin napisał:

    Cieszę się, że wpis ten przydał się do czegoś. A mogę poprosić gdzie znajdę Pani szkic?

  7. ewa miszczak napisał:

    Widziałam tę różę w ofercie Pani Ewy Jarmulak w http://www.rozarium, ale obecnie jest niedostępna. Myślę, że mimo wszystko można tam podpytać. Jednak, z tego co słyszałam, odmiana ta jest raczej mało odporna na nasze warunki klimatyczne i przy sadzeniu trzeba wziąć to pod uwagę. Nie wiem czy warto zawracać sobie głowę.

  8. Jacek Kondratowicz napisał:

    Jeżeli mogę ze swojej strony jeszcze dodać,to w przedwojennych ogrodach ziemiańskich odmiana ta była uprawiana wyłącznie w szklarniach. Jak opowiadał mój dziadek,rosła także w dużej,ogrzewanej szklarni w majątku Wiecinin. Szczyt jej kwitnienia przypadał na środek zimy a osiągnęla tam podobno spore rozmiary.

  9. Kurek Tadeusz napisał:

    Urodziłem się niejako w cieniu tej róży. Do małego domku, w którym się urodziłem, przylegała jeszcze mniejsza jednoboczna szklarenka (zdjęcie szklarenki w posiadaniu Pana Mariana Sołtysa). Jeżeli ktoś nie widział i nie wąchał tej róży nie jest sobie w stanie wyobrazić jej piękna, tzn. nie trzeba się zbliżać do tej róży żeby poczuć zapach. Po prostu cała szklarnia kipiała tym zapachem. Później Ojciec wybudował drugą szklarnię jednoboczną, dużo większą od tej pierwszej, miała ponad 15 m długości. Jedna „marszanila” okulizowana na pniu na wysokości ok 1,5 m zajmowała około 2/3 długości ściany, na której była rozpięta. Z uwagi na fakt, że kwiaty były na stosunkowo krótkich i wiotkich pędach to wiązanki ślubne Ojciec robił w ten sposób, że róże były wplecione w długie gałęzie asparagusa i panna młoda trzymając tę wiązankę prawą ręką opierała ją o lewe przedramię, a kaskada kwiatów spływała po tym asparagusie do ziemi. Z tego co pamiętam najuboższa wiązanka składała się z trzech gałęzi asparagusa i tuzina róż, ale mam jeszcze w oczach wiązankę z pięciu tuzinów tych róż.
    W pełni kwitnienia, róża ta miała co najmniej kilkaset kwiatów, ale – wbrew temu co pisze Pani Ewa Jarmulak – róża ta nigdy nie powtarzała kwitnienia.
    W pamięci pozostało mi jeszcze to, że ruszające się mleczne zęby Ojciec palcami wyjmował mi z buzi właśnie w tej szklarni. Dentysty wtedy w naszej mieścinie nie było.
    Po jakimś czasie Ojciec wybudował jeszcze większą i już dwuboczną szklarnię z ogrzewaniem kanałowym, w której na samym końcu szklarni (najchłodniej) królowała kamelia, której pień przy podstawie miał ponad 15 cm. Z tej szklarni najbardziej utkwił mi w pamięci sposób czyszczenia kanału grzewczego (rura metalowa o średnicy chyba 40 albo 50 cm). Palenisko wyczyścić żadna sprawa, komin również, ale jak wyczyścić poziomą rurę o długości 25 m.? Kto zgadnie ma u mnie sadzonkę „marszanili”.
    Wszystkiego dobrego w Nowym Roku –
    Tadeusz Kurek

  10. Kralka Małgorzata napisał:

    Witam Panie Tadeuszu
    Mój genialny mąż powiedział, że rozwiązaniem jest wlanie wody do rozpalonego pieca, oczywiście w ilości odpowiedniej do wielkości pieca z zachowaniem szczególnej ostrożności, dla przykładu podam, ze na taki mały pokojowy piecyk wystarczy pół litra wody, jednocześnie nadmieniam, jeśli nie ta metoda jest rozwiązaniem, to proszę nie próbować, gdyż jest to bardzo niebezpieczna metoda choć skuteczna!!!

  11. Kurek Tadeusz napisał:

    Pani Małgorzato,
    wlanie wody do rozgrzanego paleniska z cegły szamotowej poskutkowało by raczej w ten sposób, że z paleniska zostałaby kupka gruzu.
    Chodzi o sposób wyczyszczenia z sadzy ponad 20 metrowej długości prawie POZIOMEJ rury metalowej
    o średnicy około pół metra łączącej palenisko z kominem. Rura ta spełnia rolę kaloryfera tzn. ogrzewa całą szklarnię. Dla ułatwienia podam, że na przeciwległym do paleniska końcu rury w ścianie komina jest tzw. otwór rewizyjny z metalowymi drzwiczkami 12×12 cm.

  12. Jacek Kondratowicz napisał:

    W wielu cieplarniach stosowano prostsze metody czyszczenia kanałów – po prostu budowano je z cegieł spajanych gliną.W określonych miejscach wyjmowano cegły i wystarczyły typowe narzędzia kominiarskie do usuwania sadzy,chociaż z pewnością było przy tym więcej pracy. Ponadto,jak wyczytałem w książce M.Czepińskiego „Powszechne Ogrodnictwo” z 1868 roku,str. 213,autor zaleca aby kanały te nie były dłuższe niż 60 stóp,czyli ok.18 m przy przekroju kanału ok. 30 cm.

  13. Łakomski napisał:

    Czytając powyższe uwagi nasuwa mi się, że w owych czasach był swobodny dostęp do wierzbowych witek sznurka i słomy. Tak,że wiążąc witki ze sobą i wsuwając przez drzwiczki można przeciągnąć sznurek do paleniska, a przywiązanym do niego spiralnym słomianym wyciorem przez palenisko wybrać sadzę i popiół. Inna metoda mniej bezpieczna, a wręcz niebezpieczna to wypalić sadzę, bo może pęknąć rura lub wysadzić piec. Przy metodach na mokro jest dużo błota,

  14. Kurek Tadeusz napisał:

    Przepraszam, że tak długo milczałem, ale to z racji wieku (zacząłem drugą siekierkę tzn. 77) i nieodłącznie związanego z nim stanu zdrowia. Bardzo przepraszam.
    Temat wrzuciłem nie tyle z racji jego wartości merytoryczno-użytkowych, co raczej na zasadzie – jak to mówią u nas na Podlasiu – „smolniaczka”. Z pewnością każdy/a z Was siedział przed kominkiem albo przy ognisku i widział co się dzieje po wrzuceniu tam smolnej (żywicznej) drzazgi – momentalnie płomień strzela do góry.
    I właśnie w ten sposób chciałem rozniecić trochę aktywności Szanownych współplemieńców różanych.

    Co do meritum sprawy, to najlepiej opisał to Pan Jacek, bo wiązanie i przepchnięcie wiotkich co najmniej 10 szt 2 metrowych witek wierzbowych przez poziomy kanał jest raczej trudne do wykonania.
    Ojciec mój kończył szkołę ogrodniczą w latach 20-ych ub. wieku i nie wykluczam, że m.in. właśnie z tej książki się uczył. Wprowadził tylko takie „unowocześnienie”, że zamiast murować 20-to metrowy kanał zastąpił go dziesięcioma dwumetrowymi kawałkami grubościennej rury stalowej, a wymurował tylko wsporniki w punktach łączenia tych kawałków. Tak jak pisze Pan Jacek łatwo jest zrobić otwory rewizyjne w murowanym kanale, gorzej w stalowym. Z tego co pamiętam, to grubość ścianki tej rury była co najmniej 0,5 cm. więc pośrednich otworów rewizyjnych nie było. Był tylko na końcu kanału w ścianie pionowego komina, a wyczyścić kanał trzeba było. Więc zrobiliśmy to z moim bratem tak.

    Najpierw przywiązaliśmy sznurek do nogi kota i wpuściliśmy go do kanału otwierając najpierw ten otwór rewizyjny na końcu kanału. Myśleliśmy, że po zamknięciu paleniska kot pójdzie do światełka w tunelu, a tym samym przeciągnie sznurek. Nie chciał iść. Kombinujemy dalej jak to zrobić i patrzymy, a po podwórku chodzą dwie białe kaczki i kaczor. Nie wiele myśląc złapaliśmy kaczora i powtórzyliśmy historię z przywiązaniem sznurka do łapki i wpuszczeniem do kanału zamykając drzwiczki paleniska. Po jakimś czasie zaglądamy do paleniska – kaczora nie ma … aha poszedł do światełka w tunelu. Dobra nasza! Biegniemy na drugi koniec szklarni i czekamy przy drzwiczkach rewizyjnych. Po co najmniej 5 minutach słyszymy szurające kroki i naszym oczom ukazuje się kaczor.
    Tyle tylko, że wpuściliśmy białego, a wyszedł czarny jak kominiarz. Nie jestem w stanie opisać reakcji kaczek jak go do nich zanieśliśmy.
    Nie muszę już chyba opisywać samego czyszczenia jak już mieliśmy przeciągnięty sznurek, przy pomocy którego przeciągnęliśmy grubawą linkę, wcześniej przygotowując sobie kilka ściętych niedużych świerczków.

    Panie Jacku „marszanila” czeka na Pana w Kudrynkach (Pan Kazimierz już dostał), a w sprawie odbioru proszę skontaktować się ze mną na adres t.kurek@onet.pl

    Pozdrawiam, a Pana Mariana przepraszam za zaśmiecanie tak fantastycznej strony. Jestem pełen uznania dla ogromu wiedzy i chęci dzielenia się nią.

  15. admin napisał:

    Panie Tadeuszu , to nie zaśmiecanie, to są cymelia!

  16. Jacek Kondratowicz napisał:

    Bardzo to pomysłowa metoda. Zwierzęta zawsze są pożyteczne. Znałem osobiście człowieka,mieszkańca kujawskiej wsi,który wykorzystywał kota jako straszaka na szpaki na czereśniach. Przywiązywał zwierzę taśmami do wysokiej tyczki i stawiał ją przy drzewie.To nie żart. Metoda bardzo dzisiaj kontrowersyjna i nielegalna oczywiście aczkolwiek podobno skuteczna. No ale przed wojną koty z pewnością nie były tak uświadomione swoich praw jak dzisiaj… .

  17. Kurek Tadeusz napisał:

    Ten wpis będzie ułamkiem wiedzy dla Pana Pawła Znamirowskiego o pachnących różach, jak też praktyczną wskazówką dla tych osób, które mają tę różę albo dostaną ode mnie sadzonki do jej wyhodowania.
    Tekst pochodzi z kwartalnika „Kwiaty” sprzed wielu, wielu lat, a napisała go Pani dr Helena Wiśniewska – Grzeszkiewicz:
    http://www.inhort.pl/aktualnosci,news,88,dr-Helena-Wisniewska-Grzeszkiewicz

    „Róża moich wspomnień romantyczna ‚Marechal Niel’

    Nikt na ogół nie wie, jakie przeżycie z wczesnego dzieciństwa zaważy na późniejszych jego zamiłowaniach. W moim życiu był to bukiet żółtych, bardzo intensywnie pachnących róż postawionych na stole w niewielkim pokoju , w dniu moich 10 imienin. Niezbyt dobrze pamiętam co jeszcze wtedy otrzymałam w prezencie, ale zapach tych róż zawsze potrafię przywołać.

    Róże z moich wspomnień pochodziły z niewielkiej, jednospadowej szklarenki należącej do ogrodów dyrekcji PKP w Skierniewicach. Przynosił mi je wujek St. Leduchowski, który był tam naczelnym ogrodnikiem i z wielką pieczołowitością dekorował letnimi kwiatami dworce kolejowe, począwszy od Skierniewic aż do Grodziska Mazowieckiego. W wiszących misach, pod dachami peronów lub na gazonach rosły wówczas wspaniałe petunie, lobelie, żeniszki, pelargonie i inne rośliny jednoroczne.

    W szklarence, nie opodal stacji, było drzewo różane o wysokości około 2 – 3 m, którego gruby pień wspierał się o ścianę, a pędy i kwiaty rozpościerały się pod jednospadowym szklanym dachem, spuszczając się coraz niżej. Drzewo zakwitało na początku marca, stanowiąc jednocześnie ozdobę i naturalną kurtynę cieniującą inne rośliny, które rosły niżej na stołach. Róża ta nazywała się ‚Merechal Niel’.

    Wyhodowana w 1864 r. przez Pradela w USA, uważana była za najlepszą z uniwersalnych róż do pędzenia, nazywano ją „Księżną róż” (The Princess of Roses). ‚Marechal Niel’ miała intensywnie zabarwione złotożółte, pełne, mocno pachnące kwiaty, osadzone na krótkich, dosyć wiotkich pędach. Rasa Noisetta, do której należy ta róża, powstała przez skrzyżowanie róż chińskich z różą piżmową, zwaną inaczej hiszpańską. Otrzymane z niej mieszańce mają trochę domieszki róż herbacianych, stąd „Marszałka” – jak ją nazywano w skrócie – cechowała się intensywnym, herbacianym zapachem. Róża ta była bardzo wrażliwa na niską temperaturę.

    Obecnie bardzo trudno spotkać ją w uprawie, ale wydaje mi się, że w dobie „odkurzania starych wartości” można by również odnowić zainteresowanie romantyczną ‚Marechal Niel’, którą można – jak robiono to również dawniej – uprawiać w doniczkach, prowadząc jak roślinę karłową. W tym celu rozmnażano ją z sadzonek, na które wybierano młode pędy o długości około 15 cm i cięto tak, aby ich zakończenie stanowiła piętka z kawałkiem starego drewna. Wiosną sadzonki umieszczano w doniczce wypełnionej piaszczystą ziemią i 1/2-cm, warstwą piasku na wierzchu, wpychając je na głębokość 5 cm. Doniczki ustawiano na ciepłym stole w szklarni. Dobrze ukorzenione sadzonki przesadzano pojedynczo do doniczek o średnicy 10 cm, używając tym razem ziemi żyźniejszej, złożonej z jednej części liściówki, 2 części ziemi gliniastej i niewielkiej ilości piasku. Posadzone rośliny systematycznie podlewano i zraszano 2 – 3 razy dziennie. Po ukorzenieniu następowało kolejne przesadzanie do większych doniczek (12 – 14 cm) i jeszcze jedno do doniczek 20-cm. Przy ostatnim przesadzeniu używano ziemi ciężkiej: 2 części gliny, 1/2 części przekompostowanego obornika, 1/2 części kompostowanych liści i 1/2 części piasku oraz dodawano węgla drzewnego i zmielonych kości. Tak przygotowane rośliny ustawiano w zimnej szklarni, a w sierpniu wystawiano na zewnątrz, na pełne słońce. W listopadzie doniczki nakrywano materiałami izolacyjnymi (liście, gałęzie), by już w styczniu przenieść je do ciepłego miejsca, w szklarni czy w domu, o temperaturze około 10 st. C. Wnoszone krzewy miały pędy około 2 m długości i należało je przywiązać do konstrukcji szklarni lub podeprzeć kilkoma kijami bambusowymi o wysokości około 1 m. Wiotkie pędy róży owijano wokół prętów i przywiązywano do podpórek o różnym kształcie. Wkrótce podnoszono temperaturę powietrza w szklarni i do czasu zakwitania krzewy umiarkowanie nawożono płynnie i zraszano. Kwitnący już krzew umieszczano w miejscu przeznaczonym do dekoracji, a efekt oszołamiał.

    Po zakończeniu kwitnienia różę należało wynieść ponownie do szklarni, przyciąć do wysokości 15 cm nad ziemią. Wilgotność podłoża utrzymywano na niskim poziomie do momentu pojawienia się zaczątków nowych pędów. Wówczas krzewy przesadzano i wynoszono na zewnątrz, gdzie cykl zabiegów się powtarzał.

    Autor książki pt. „Stare róże do nowoczesnych ogrodów”, B. Thomson, wypowiedział zdanie, które miłośników kwiatów może zachęcić do ponownego zainteresowania się tą odmianą róż: „Widok kwitnącej ‚Marechal Niel” należy ulokować w skarbcu najcenniejszych wspomnień”. Zgadzam się z autorem w zupełności!

  18. Ada Tarnawska napisał:

    No proszę, mój mąż po głośnym odczytaniu przeze mnie „zagadki” zaproponował właśnie „pomoc” kota, tyle, że jako strażnika i poganiacza zaproponował również psa. A ja myślałam, że się ze mnie natrząsa :)))

  19. Kurek Tadeusz napisał:

    Pomysł z kotem powstał z tej przyczyny, że ja się bardzo często bawiłem z tym kotem „w chowanego”.
    Uwielbiał tę zabawę ale przez tak długi kanał nie chciał iść. Kaczorowi to nie przeszkadzało bo w tej „nabytej” czerni tak się krygował przed kaczkami, że pękaliśmy ze śmiechu. Natomiast przywiązywanie kota do wysokiej tyczki jako stracha na szpaki przy czereśni nie bardzo mi się podoba. Ale, a propos czereśni, to opowiem Wam inną historyjkę, może nie bardzo różaną, ale w pełni ogrodniczą.
    Miał Ojciec nieduży sad owocowy, a w nim uprawiał różne rośliny. W sadzie tym było kilka drzew czereśniowych, a wśród nich dwie ‚Poznańskie’. Pójść do sadu i własnoręcznie narwać sobie trochę czereśni to przecież czysta przyjemność, ale oberwać wszystkie owoce z całego drzewa do sprzedaży to już raczej średnia przyjemność. Do tej roboty używał Ojciec mnie i dwóch moich rówieśników, bo przecież dla nas kilkunastoletnich smyków nie było gałęzi, do której byśmy nie dotarli.
    Pod drzewem, z którego rwaliśmy czereśnie Ojciec świeżo skopał i wygrabił niedużą grządkę tak, że była pulchna jak pierzyna. Znudzony rwaniem tych czereśni zszedłem na najniższą gałąź, przewinąłem się i buch na tę grządkę, po czym zacząłem wrzeszczeć jak by mi się faktycznie coś stało. Ojciec coś robił niedaleko więc szybko przybiegł, popatrzył, użalił się nade mną, po czym rzekł „chodź Tadziu do tej drugiej czereśni, z tej nie spadniesz” …. pod tą drugą czereśnią było rżysko po skoszonym życie. :-)
    Żyto Ojciec siał w sadzie na surowiec do szycia mat słomianych do przykrywania inspektów wczesną wiosną. Jak by ktoś był ciekaw jak się to robi to chętnie opowiem, bo naszyłem się tych mat sporo.

  20. Beata J. napisał:

    Jeżeli wciąż ma Pan siłę i ochotę, by opisać jak robił Pan te maty ze słomy żytniej, a Pan Marian nie miałby nic przeciwko, to bardzo chętnie bym poczytała, bo to bardzo przydatna wiedza dla nas- ogrodników. Serdecznie pozdrawiam i dziękuję za dotychczasowe opowieści.

  21. Kurek Tadeusz napisał:

    Pani Beato, jeżeli zerknie Pani trochę wyżej do wpisu nr 14 to tam podałem swój adres mailowy. Proszę odezwać się na ten adres i wtedy wytłumaczę Pani jak się szyje maty słomiane.

  22. Teresa Marciszuk napisał:

    Magiczna róża, skoro tyle osób zechciało zabrać tu głos. A dzięki Państwa rozmowie może i mnie będzie dane poznać legendarny zapach „Marszanilki”, bo nieoczekiwanie stałam się szczęśliwą właścicielką sadzonki tej róży. Zainteresowana jednym z wątków, napisałam do p. Tadeusza Kurka, poznaliśmy się i zostałam hojnie obdarowana. Gdzie mogłabym Panu Tadeuszowi goręcej podziękować, jak nie tutaj? Przy okazji pozdrawiam wszystkich uczestników rozmowy :-)

  23. Kurek Tadeusz napisał:

    Cieszę się bardzo, że mogłem ją przekazać w dobre ręce. Mam nadzieję, że zawodu nie sprawi. Pozdrawiam serdecznie.

  24. Jacek Kondratowicz napisał:

    Dzięki uprzejmości Pana Tadeusza i małej pomocy Poczty Polskiej, również i ja mogłem wczoraj poznać osobiście tę różę,znaną mi dotychczas tylko z opowieści. Pierwsze skojarzenie które mi przychodzi do głowy,to że jej zapach jest jakby żywcem przeniesiony z zupełnie innej epoki,tak oryginalny i jednocześnie piękny. Sam kwiat jest niezwykły,delikatny, o ciekawej barwie. Po prostu – róża z innego świata. Ogromne podziękowania dla ofiarodawcy.

  25. MARIA POPCZYK napisał:

    Drogi Miłośniku róż !
    bardzo dziękuję za wspaniałe stronice o różach, ta urzekła mnie substancją życia, już tylko we wspomnieniach istniejącą. Odnawiam ogród rodziców całkiem zdziczały, dobieram róże do gleby i klimatu, a nie do swoich pragnień,już wiem, że sam ogród nie wystarczy.
    Serdecznie dziękuję
    Maria

  26. admin napisał:

    Piękne słowa. Dzięki

  27. Agata Szwedowicz napisał:

    Chciałam donieść, że róża Marechal Niel prześladuje mnie literacko :) Czytałam ostatnio „Trędowatą” Mniszkówny a tam ordynat uwielbia żółte róże i raz, przy okazji wręczania ich Stefci zdekonspirowana zostaje nazwa odmiany – oczywiście Marszanilka. Otwieram „Księgę dżungli” Kiplinga, opowiadanie Riki-Tiki-Tavi, a tam ogród w Indiach, krzewy róż i znowu Marszałek!

  28. admin napisał:

    To wspaniałe informacje. Pozwoli Pani, że je wykorzystam?

  29. Agata Szwedowicz napisał:

    Oczywiście! W wolnej chwili wyszukam jakieś cytaty i prześlę. Dam znać, jakby Marszanilka znowu gdzieś wyrosła na gruncie literackim :)

  30. Agata Szwedowicz napisał:

    „Po śniadaniu Rikki-Tikki udał się do ogrodu, aby zobaczyć wszystko, co tam było godne widzenia. Ogród był ogromny, ale tylko w połowie dobrze utrzymany, były tam krzewy róż Marechal Niel, ogromne jak altany drzewa cytrynowe i pomarańczowe, zarośla bambusów i kępy bujnej trawy. Rikki Tikki oblizał wargi. „Ależ tu pyszne łowisko” – powiedział sobie w duchu”. „Księga dżungli”, opowiadanie „Rikki-Tikki-Tavi”. I teraz problem: czy to Kipling umieścił w ogrodzie w Indiach tę różę (czy wogóle ona tam mogła rosnąć?) czy też tłumacz – Józef Birkenmajer – podstępnie wprowadził ulubioną różę swojej epoki do polskiego przekładu?

  31. Renata Niedbałowska napisał:

    Cudne opowieści ,to jak balsam dla duszy…

  32. Agata Szwedowicz napisał:

    I z „Trędowatej” :)

    Od samego początku powieści widać, że ordynat Michorowski uwielbia żółte róże. Bukiet takich kwiatów wręcza Stefci przy jej pierwszej wizycie w swojej siedzibie w Głębowiczach, mówi też, że żółte róże to jego ulubione. Żółte, pachnące róże pojawiają się w całej powieści i przychodzi moment, gdy zdekonspirowana zostaje ich odmiana:

    Oto opis kwiatów, jakie do domu Stefci, przed pierwsza wizyta po zaręczynach przysłał ordynat Michorowski:

    Najpierw zrywanie w szklarni:

    „ Wprawdzie wszedł do cieplarni ich pan i władca, młody ordynat, lecz za nim podążył główny ich pedagog, ogrodnik, i cała hałastra ogrodniczków ze złowrogiemi minami. Kwiaty spojrzały uważniej i dreszcz niemi wstrząsnął. Wszyscy, prócz ordynata, uzbrojeni byli w wielkie błyszczące nożyce.
     Przerażone kwiaty chciały błagać litości, lecz oniemiały ze zgrozy. Sam ordynat wybierał najpiękniejsze z jakimś radosnym i szczęśliwym uśmiechem w oczach. Nad różami „Marechal Niel“, które najbardziej lubił, pochylił się i szepnął miękko:
     — Idźcie służyć Stefci.
     Królowe róże opowiadały to słońcu, pyszne ze swej urody i powodzenia”.

    I potem już w salonie rodziców Stefci w Ruczajewie:

    „ Były to kwiaty. Mnóstwo kwiatów — w doniczkach, w plecionych koszach, w wazonach z wodą. Stały na stole, na półkach, na konsolach od luster, nawet na podłodze tworzyły malowniczą kępkę”.
    Są tu tulipany, storczyki, konwalije, białe i liliowe bzy, fiołki, hiacynty, irysy, goździki, narcyzy… „ Wówczas przemówili monarchowie tej poddańczej rzeszy, pachnącej i rozgwarzonej, w pierwszym rzędzie pyszne królowe-róże, nęcące barwami i bogactwem kształtów; więc: wspaniała „Marechal Nieł“ w złoto-żółtych aksamitach, wdzięczna „La France“ w różowych jedwabiach i wytwornisia „Tebried“ w ślicznych tunikach barwy herbacianej. Była tam i „Pani Druzki“ w śnieżno-białej atłasowej sukni,, „Księżna Liberty“ w karmazynach i strojna w aksamitne purpury królowa-piękność z haremu sułtana Marokko”

  33. Ada Tarnawska napisał:

    Dziękuję Pani.

  34. Teresa Marciszuk napisał:

    Wciągnęła mnie ta literacka zabawa i zajrzałam do angielskiej wersji „Księgi dżungli” (korzystając z internetu oczywiście). Pani Agato, donoszę, że Marszanilka jest u Kiplinga: „Then Rikki-tikki went out into the garden to see what was to be seen. It was a large garden, only half cultivated, with bushes as big as summer-houses of Marshal Niel roses, lime and orange trees, clumps of bamboos, and thickets of high grass”. W oryginalnej wersji jednak to nie drzewa są ogromne jak altany, lecz krzewy róży!

  35. admin napisał:

    Tak na kanwie tej rozmowy. Dziś, po 10 latach pisania tego bloga, nigdy bym się na takie przedsięwzięcie/ 6500 wpisów!/ nie poważył – a to dlatego, że zdałem sobie sprawę jak ogromna i wszechstronna jest wiedza czytelników. Dlatego, za niektóre stwierdzenia ex cathedra dziś się nieco wstydzę.Ale cóż, pierwej ja miałem zabawę, potem czytelnicy, a po 10 latach przyszła refleksja. A może to jeno kwestia wieku gdzie wszystko się zaczyna relatywizować i wiele rzeczy staje się mniej ważne? Myślałem o wątku róże w literaturze, takim skrojonym szerzej niż artykuł, ale zaczyna mi brakować oczu…

  36. Jacek Kondratowicz napisał:

    Po dziesięciu latach jest tu tyle wiedzy, że starczyło by na kilka opasłych ksiąg. To unikat na dużą skalę ale nie powstał by, gdyby nie położył Pan pod nim solidnego fundamentu, czyli pańskiej wiedzy właśnie.Czytam blog dopiero od czterech lat i nauczyłem się tutaj więcej niż z fachowych podręczników. Myślę, że wielu czytelników też tak czuje.To nie laurka – po prostu stwierdzam fakt. A oczy proszę oszczędzać dla róż,bo przecież za parę miesięcy znowu zakwitną.

  37. S.Kicińska napisał:

    Ośmielę się stwierdzić że ta decyzja sprzed 10 lat to była jedna z najlepszych decyzji w Pana życiu! Zresztą ilość odwiedzin tej strony mówi sama za siebie.
    Proszę pisać, pisać, pisać …

  38. Agata Szwedowicz napisał:

    Pani Tereso! Dziękuję! A więc jednak Marszałek był w Indiach!!! Ale to chyba była północ kraju, nie wyobrażam sobie róż w takich prawdziwych tropikach….

    Panie Marianie! ja piszę o książkach, więc siłą rzeczy wiele czytam. Jak tylko jakąś różę (zdefiniowana odmianowo) spotkam na kwitnących łąkach literatury, natychmiast będę dawać znać :) Jak dobrze, że Pan dekadę temu podjął właściwą decyzję blogową!!!!

  39. admin napisał:

    Dzięki!

Napisz komentarz