Nieoczekiwane skutki lekkich zim

Pamięć ludzka działa tak wybiórczo, że każdy bieżący rok wydaje się być wyjątkowy a czasy ostatnie niespotykane. I to wszystko jest prawdą. Tak jak i to, że każdy człowiek jest wyjątkowy co nie ujmuje prawdziwości twierdzenia, że wszyscy jesteśmy tacy sami. Tak też jest z klimatem. Dysponując perspektywą poznawczą ca. 50 lat, próbujemy wyrokować z tego wąskiego horyzontu, tworząc śmiałe ekstrapolacje.

Niemniej jednak w przeciągu dwu a nawet trzech ostatnich lat;  zim/ tak jak my je rozumiemy/ faktycznie nie było i ze skutkami tego zjawiska trzeba coś począć. We wrześniu  2020 wywiozłem już pełną przyczepę ciągnikową  usuniętych pędów i krzewów róż i widzę , że to nie koniec. Tnę dalej. Oczywiście jest to skutek zbyt gęstych nasadzeń. Dopóki czuwał nad tym klimat, jakoś to było. Teraz widzę, że jeżeli nie zareaguję zdecydowanie, to róże opanują przestrzeń – ze szkodą dla mnie i dla siebie.

Przykłady:

Pędy caniny  osiągnęły długość  ponad 6 m.  a pozornie grzeczna galijka Charles de Mills , mimo że opisuje się go jako krzew o półtorametrowych pędach stał się  rosłym klimberem korzystając ze wsparcia rosnącej nieopodal tui. Już wcześniej pozbyłem się  Paul Himalayan Musk i jej krewnych bo skala 25 arowego ogrodu okazała się dla nich zbyt mała. Austinki, zwłaszcza te z wcześniejszych hodowli okazały się  ekspansywnymi pnączami, które bez odpowiedniego cięcia  wynoszą swe kwiaty poza zasięg nie tylko nosa , ale oczu. Nawet rugosa Wild Edric , którego to widziałem w ogrodach angielskich jako  piękny , dobrze mierzony krzew  stał się około 3 metrowej wysokości kolosem. Róże grupy nordlandrose Geschwinda, szczególnie Aenchen von Tharau czy Parkfeuer ze względu na ich rozmiary, musiałem wręcz usunąć z ogrodu. Tak nawiasem mówiąc, kto  ma parę róż i łagodny charakter , może z  odmiany Aenchen von Tharau wyprowadzić wspaniałe drzewo różane. Warto spróbować. Mój pięcioletni egzemplarz , nim go usunąłem, dochował się pnia o przekroju ponad 10 cm!

Osobnym problemem – niezależnym  od ostatnich fochów klimatu, są kanadyjki. Gdy się już nimi nacieszyłem, zaczynam dostrzegać , może nie minusy, ale problemy. Jeżeli  ograniczymy się tylko do cięcia sanitarnego okaże się , że nawet te mniejsze odmiany z grupy parkland staną się dużych rozmiarów krzewami. Trzeba by więc chyba zastosować cięcie formujące tworząc topiary z róż. W tej roli widzę zwłaszcza takie odmiany jak Champlain czy Nicolas. Zapewne trochę inaczej należałoby podejść do takich odmian jak J.P. Connel. Z mojej obserwacji wynika , że   trzeba by było je ciąć ostrzej dla pobudzenia krzewienia się choć ich specyficzny sposób kwitnienia – zakładanie krótkopędów kwiatowych wzdłuż pędu głównego jest na tyle unikalny, że warto  się nad tym dwa razy zastanowić.

Klimbery Svejdy, te z udziałem r.kordesii  to wielkie pozytywne zaskoczenie. John Cabot, John Davis czy Henry Kelsey, w naszych warunkach stały się pełnokrwistymi klimberami czy wręcz jak John Davis ramblerami. Wreszcie dla naszych ogrodów mamy pnącza  mrozoodporne i powtarzające kwitnienie.

Mieszańce piżmowe, te od Pembertona  mam już prawie 20 lat, ale dopiero od dwu lat widzę  je jak  czując podporę tworzą wielometrowe pędy a niektóre z nich jak Buff Beauty czy Pax  obficie kwitną cały sezon. Niezawodna jest tu zwłaszcza Pax.

Ze współczesnych róż, do których nie mam zbyt wiele serca, preferuję nostalgiczne, ale i tu spotkała mnie w tym roku przykra niespodzianka. W ryzach trzymają się Bernstein , Pastella czy Aphrodite, ale już Soul czy Gospel dały dwumetrowe pędy, . Tak na prawdę to nie wiadomo co z tym począć. Nawet  grzeczny Leonardo da Vinci wypuścił dwumetrowe pędy. W tych ostatnich przypadkach  nawet krótkie na 30 cm cięcie nic nie pomogło.

Na te kłopoty, póki co, nie mam lekarstwa i będę rad jeżeli  rozwinie się  dyskusja, która – mam taka nadzieję – pokaże co z tym fantem zrobić.

 

 

7 komentarzy do “Nieoczekiwane skutki lekkich zim”

  1. Fadrowska napisał:

    Bardzo ciekawy artykuł ,mam takie same obserwacje w swoim ogrodzie.Rekordziska jest roza kanadyjka Aleksander McKenze,od kilku lat jest potężnym drzewem.Ale ja mieszkam na suwalszczyznie,czego ja nie wyczyniałam zeby zabezpieczyć przed mrozem.A teraz po prostu likwiduje wielkoludy z ogrodu.Kupuje nowe i trafia sie taki Soul z pędami 3 m,a przycięty był na 30 cm bo sie nie krzewił.nawet Mary Ann pędy
    2,5 m, ale co tym zrobić?Jestem juz bardzo wiekowa”,trudno teraz zakładać nowa różańke.
    Pozdrawiam Halina

  2. b.richter napisał:

    Na tę wielce przeze mnię cenioną stronę zaglądam dziś po raz pierwszy po długiej przerwie sprowokowany powtórną lekturą książki Rudolfa Geschwinda o hybrydyzacji róż. Ówczesne oddanie celowi wyhodowania róż odpornych na mróz przypomina mi sroższe zimy z mojego dzieciństwa. Droga do szkoły zablokowana przez zaspy i druty linii przesyłowych obwieszone soplami do oberwania. Mam na karku ledwie 25 wiosen. Dziś siedzę przy otwartym oknie. Na zewnątrz jest 18 stopni. Mieszkam co prawda w zagłębiu Ruhry, ale i tutaj ludzie wspominają prawdziwe zimy. Odrobinę niepokojem napaja mnie fakt, że mógłbym w swoim ogrodzie zasadzić jakiś ciepłolubny rarytas, jak np. którąś z róż herbatnich i nie musieć się o nią prawdopodobnie nazbyt martwić. Moje obserwacje mimo znacznie skromniejszej kolekcji róż są podobne. Mieszańce herbatnie niechętnie tracą zimą liście. New Dawn, która i tak jest pnąca, najchętniej pożarłaby wszystko dookoła. Rosnąca na własnym korzeniu Rosarium Uetersen chce być drzewem. Madame Hardy bezwstydnie jeszcze rośnie, czy raczej pnie się po sąsiadkach.

  3. Ewa Miszczak napisał:

    Ja osobiście przyjmuję lekkie zimy jako dar niebios i cieszę się, że nie muszę ogacać róż i innych roślin, kopczykować a potem zawracać sobie głowy z odkrywaniem. A przede wszystkim, że nie muszę patrzeć, jak umierają rośliny pokonane przez mróz. Raczej zwracam uwagę na te pozytywne aspekt ciepłych zim, bo przecież są. Tak już mam. Cieszę się, kiedy wychodzę dziś na ganek, a tu więcej niż połowa liści Felicite et Perpetue siedząca na krzewie daje mi fajny, przesiany słońcem cień. Cztery sztuki Baronesse trzymają zastygłe w w rozkwicie różowe kwiaty, które nie zgniły, nie zmarzły i nie chcą opaść. U mojej sąsiadki Pat Austin zastygła w pół rozwiniętych dwunastu żółtych kwiatach i wygląda to bardzo ładnie. Nie marudzę, nie narzekam i nie wyglądam końca świata związanego z ocieplaniem się klimatu. Korzystam z piękna zimowych róż :)

  4. Kurek Tadeusz napisał:

    Też od początku kwietnia do do końca października mieszkam na Suwalszczyźnie. Po ostatnich dwóch „nie-zimach” nastąpiły suche i upalne lata. W lato, które minęło aż cztery razy padał deszcz, z tym, że tylko jeden (pod koniec sierpnia) można było nazwać deszczem. Nawet pod moim świerkiem serbskim odm. ‚Pendula’ urosły dwa prawdziwki.
    Ponieważ na mojej łące mam dwa źródła więc wodę z tych źródełek skierowałem do wykopanej niedużej sadzawki, a na brzegu tej sadzawki zainstalowałem pompę, która podaje mi wodę na cały ogród pomimo tego, że jest on ponad 10 m wyżej. Woda w sadzawce rewelacyjna bo łąka, na której jest ta sadzawka, to dawne rozlewisko Czarnej Hańczy więc czysty szczery torf. Wody mam tam tyle, że choćbym podlewał ogród cały dzień to poziom wody w sadzawce jest taki sam. Gdyby nie ta woda, to nie oglądał bym róż zmarzniętych, ale upieczone przez słońce i wiatr.
    Zobaczymy jakie lato będzie w tym roku po tej, kolejnej, pięknej i łagodnej zimie.

  5. Agnieszka Wierzbicka napisał:

    Panie Tadeuszu, w ramach pocieszenia, ta zima nie będzie tak sucha, jak ubiegła. Natomiast marzec podobno ciepły. Przynajmniej wg mojego źródła, które uwiarygodnilo się na przestrzeni ostatnich lat. Szczęśliwego Nowego Roku dla wszystkich różanych Wariatek i Wariatòw!

  6. Ada Tarnawska napisał:

    Mnie cieszą długie, upalne lata, ciepłe zimy. Marzy mi się o to taka sytuacja, że przyjdzie czas, kiedy róż nie trzeba będzie okrywać :).
    Z NOWOROCZNYMI pozdrowieniami, oby stało się spokojniej, łaskawiej i radośniej, oby nadchodzący rok pozwolił nam spełniać nasze marzenia. Serdeczności.

  7. Wolska napisał:

    Doświadczona minionymi ciepłymi zimami nie okryłam róż jesienią 2020 roku. Owszem, spadł śnieg, ale nie było strasznych mrozów. I…w Nowym Targu przeżyły wszystkie róże, z czego się bardzo cieszę!! Co prawda niektóre długo zbierały się wiosną, ale np.Heritage ma 3m i kwitnie nieustannie, New Dawn miała setkę kwiatów na olbrzymiej powierzchni, Colette kwitnie trzeci raz, a Louise Odier z krzewu stała się pnącą. W moim małym ogrodzie żyje 170 szczęśliwych różanych krzewów z równie szczęśliwą ogrodniczką:)) Podoba mi się taka zmiana.

Napisz komentarz