Charles de Mills

charles-de-mills-czerwiec-2010-003 charles-de-mills-czerwiec-2010-004

Róża galijska.

Synonimy – Posiada masę synonimicznych nazw. Przykładowo: Ardoisee, Bleu, Charles de Wills, Violette Bronze itd.
Hodowca – Wyhodowana przez Bussarda przed 1746 rokiem. Jednak Help me find podaje, że w katalogu Pepinieres Loubert z 2002 roku jest powiedziane iż róża ta przybyła z Holandii przed rokiem 1700. Z kolei Paul Barden twierdzi, że ani hodowca, ani data narodzin jej nie są znane. Najbardziej radykalnie na ten temat wypowiada się Jack Harkness  w książce „Roses” z roku 1978, który wygłasza na jej temat kilka krytycznych uwag, po czym stwierdza, że nie wygląda mu ta odmiana na szczególnie wiekową jako, że nie odnajduje jej wzmiankowanej ani w opracowaniach Riversa ani Paula, pochodzących z połowy XIX wieku.
charles-de-mills

Kwitnie bardzo pełnymi, płaskimi w cudownej purpurze, bardzo pachnącymi kwiatami o średnicy do 12cm, ale tylko raz w sezonie. Kwiaty złożone są z ponad 40 bardzo drobnych płatków ściśle upakowanych wokół button eye.Tony Lord w swojej Encyklopedii kompozycji na str. 146 pisze: „Róża ta, ze swoimi płaskimi całkowicie pełnymi  kwiatami jest chyba najbardziej fascynującą odmianą róż francuskiej. Jak wszyscy jej krewni kwitnie tylko jeden raz w roku w kolorze zależnym od klimatu i stanowiska, przeważnie ma ciemno karminowo lub malinowo , niekiedy z fioletowymi odcieniami na starszych płatkach. Nie pachnie. Za towarzyszy, proponuję przydać jej purpurowe czosnki ozdobne,knautię macedońską a z krzewów bez czarny odmianę o ciemnych liściach”.

charles-de-mills1
charlesdemills4.jpg Krzew osiąga 150cm wysokości, toleruje cień.
Cięcie wykonujemy po kwitnieniu, ale musimy bardzo uważać ponieważ kwitnie na pędach co najmniej dwuletnich. Odmiana ta otrzymała  nagrodę Garden Merit od Royal Horticultural Society w roku 1993. Rok  2015 z kolei przynosi tej róży największe wyróżnienie jakie obecnie róża może otrzymać, tj znalazła się na  List of Hall of Fame Old Roses.  Tytułem tym honorowane są róże ważne z genealogicznego punktu widzenia, lub te róże, które cieszą się uznaniem miłośników róż na świecie przez dłuższy okres czasu. Nie znając hodowcy ani okoliczności jej powstania, nie możemy autorytatywnie stwierdzić kogóż to nazwa jej upamiętnia. By nie przynudzać czytelników rozwlekłymi dywagacjami, postawił bym na Charlesa Millsa, angielskiego miłośnika róż, który był jednym dyrektorów British East India Company. W połowie osiemnastego wieku osiedlił się w Italii. Inni Millsowie wg mnie żyli jak na narodziny tej róży znacznie później i jako kandydaci do tego zaszczytu mniej się wg mnie nadają.

Przodkowie nieznani.

Charles de Mills

O tej fotografii słów kilka muszę napisać. Zwykło się mówić tak o galijkach jak i o Tuscany czy Charles de Mills jako o różach krzewiastych. Ci którzy tak i jedynie tak je widzą , są w „mylnym błędzie”.  Otóż Tuscany, Cardinal de Richelieu a zwłaszcza Charles de Mills, gdy tylko uzyskają pewność , że mogą się na czymś wesprzeć, zaczynają pokazywać nieznane do tych pór oblicze. Stają się rasowymi jak najbardziej pnączami . Dowodem rzeczowym niech będzie ta oto fotografia. pokazuje ona jak omawiana tu odmiana korzystając z tego, że została posadzona  zbyt blisko tui Smaragd- wrosła w nią i zaczęła się szparko po niej wspinać. Ten pęd mierzy sobie 550 cm!

Obserwuję ją od 8 lat i czuję  że warto coś więcej o niej napisać. U mnie ukorzeniła się wtórnie na własnych pędach i rozpoczęła bezwzględną wędrówkę po ogrodzie. Posadziłem ją dość nieszczęśliwie bo zbyt blisko żywopłotu z tui Szmaragd. Rozpoczęła się więc między nimi  twarda walka o przestrzeń. I chcę powiedzieć, że Charles nie jest bez szans w tym pojedynku. Pędy jego, z odrostów pojawiają się w zupełnie nieoczekiwanych miejscach i gdyby nie moja ingerencja polegająca na odcinaniu owych odrostów i przesadzaniu ich w inne miejsca – powstały by niezgorsze zarośla. Wspominałem we wcześniejszym tekście coś o cięciu. Jako, że jej pędy w stosunku do masy kwiecia są powiedzmy sobie wątłe, to skracanie ich o mniej więcej1/3 uważam za niezbędne gdyż w przeciwnym wypadku będą się pod ciężarem kwiatów   pokładały co możemy zobaczyć detalicznie na jednej z fotografii. Tak, że moja rada. Rżnąć i nie patrzeć czy płacze. Pan Marek, w komentarzu wspominając o jej okrywaniu zapewne sobie żartował. Nie ma ani potrzeby ani też sposobu na to by ją okryć. Prędzej bym przytulił, ale to wszak Charles, gdybyż jakowaś Madame – to co innego!

To wyjątkowej urody galijka i jeżeli ktoś gustuje w tego rodzaju roślinach ozdobnych powinien ją mieć, tem bardziej,że i jej zdrowotność jej wzorowa i nawet późnym sezonem jest jak najbardziej ozdobna, tyle że z listowia.

38 komentarzy do “Charles de Mills”

  1. Walentyna Gubała napisał:

    U mnie ma zdecydowanie te fioletowe odcienie na płatkach:)
    Przepiękna róża o fascynującym, nasyconym kolorze.

  2. miszczak napisał:

    Mam tę różę od 5 lat. Co roku coraz większa, zagęszczona, kwitnie oszałamiająco pięknymi, purpurowymi, płaskimi i pachnącymi kwiatami. Mimo, iż kwitnie raz tylko, warta jest posadzenia na eksponowanym stanowisku, z uwagi na niebywałą urodę i czar. Jest zdrowa i bardzo odporna na mróz, wiatry i deszcz. Stara dobra odmiana. Kiedy kwitnie, stanowi jedyny w swoim rodzaju okaz, którego widok zatyka dech w piersiach. Jest to moja najbardziej ukochana róża.

  3. miszczak napisał:

    Dodam parę słów do tych powyżej: w tym roku na wiosnę dość brutalnie potraktowałam tę różę widłami i siekierą, musiałam ja przesadzić, bo jest dość kolczasta, a wpadał na nią regularnie mój synek. Mimo przesadzenia wieloletniego już krzewu, przyjęła się bardzo dobrze i zakwitła nieco później i słabiej niż zwykle, ale zawsze. W lecie doszła do siebie, miała piękne liście, była zdrowa, zatem okazuje się, że nawet takie ekstremalne sytuacje jest w stanie przeżyć i to dobrze.

  4. Marek Moch napisał:

    Też ją mam, a obok niej Felicite Parmentier. Wydawało mi się, to może być ciekawe połączenie kolorystyczne. Ch.d.M. jest tłem F.P. Ale moje róże, te i kilka innych, to jeszcze dzieciaczki, jestem nowicjuszem, sadziłem je w tamtym roku … i nie mogę się doczekać wiosny. Wpisy miszczak zachęciły mnie ostatecznie do kupna Ch.d.M. Dziękuję:) Marzyłem też o Fantin Latour, ale nie starczyło miejsca.. Przepraszam, że piszę o dwóch innych, przy Ch.d.M., ale wydaje mi się, że pasowałyby (pasują) do niego. Kolor kwiatów. I nie tylko. Np. tej jesieni ślicznie, wyglądały niedaleko siebie liście Ch.d.M. – czerwonawe i F.P. – żółte.

  5. ewa miszczak napisał:

    Mój Ch.d.M. ma około 170 cm wys. Na początku dość niemrawo przyrastał, ale gdy już się zasiedział, tj. po mniej więcej 2 latach, strzelił w górę i na boki. Ta odmiana buduje piękny, gęsty, rozłożysty krzew. Mogę wypisywać tu same pochwały, tu do Pana Marka Mocha – będzie Pan zachwycony, na wiosnę zacznie się spektakl! Gdy jest w pełni kwitnienia przypomina jeden wielki purpurowy bukiet. I jeszcze ważna informacja – kwiaty w większości przypadków nie zwieszają się i nie trzeba się czołgać, by spojrzeć im w „oczy”. Niestety nie posiadam Felicite Parmentier, bo już nie mam miejsca w ogrodzie, ale do bukietów z kwiatów Ch.d.M. dodaję Madame Plantier. Uwielbiam historyczne róże:)

  6. Marek Moch napisał:

    Ooo to suuuper super :). Ja też uwielbiam historyczne róże. Mam tylko takie, 5 i 2, więcej nie będzie, brak miejsca, a chcę aby te które mam miały dobre warunki, żeby dobrze im się żyło i rosło. Połączenie kwiatów Ch.d.M. i Madame Plantier – to musi pięknie wyglądać! W internecie znalazłem wpisy Kl.Peter Stoll’a z Westfalii ze zdjęciami jego róż, w tym Charlesa. Jest ogromny i piękny, tu link po którym można trafić do jego zdjęć (jest ich tam więcej) http://foto.mein-schoener-garten.de/Charles-de-Mills-neu-foto-109225-16.html

  7. Marek Moch napisał:

    A jak z zimowaniem, czym i jak go Pani okrywała, okrywa?

  8. ewa miszczak napisał:

    Nigdy nie okrywałam tego krzewu niczym, ani włókniną, ani stroiszem. Nie rośnie w jakimś specjalnie chronionym przed wiatrami miejscu. Nie zdarzyło się do tej pory, aby pędy przemarzły. Krzew jest wysoki tak jak pisałam i do samego czubka pędów po zimie jest żywy. Do porównania mam Alchymista, którego warzy kilkunastostopniowy mróz, a końce pędów, szczególnie rocznych, są czarne i uschnięte. Charles, jak wszystkie galijskie, kwitnie raz w sezonie na zeszłorocznych i starszych pędach, zatem gdyby przemarzał, to by nie kwitł, a to się nigdy jeszcze nie stało. Mieszkam w Lublinie, zimy są u nas dość surowe, choć te ostatnie były dużo łagodniejsze, niż kilkanaście lat temu. Jednak zdarzają się okresy nawet 10 dniowe naprawdę mroźne – około -23 stopni C. Dziś oglądałam wszystkie róże, czy ożywają po zimie i okazało się, że wszystkie startują pączkami, a nie były niczym okrywane. Charles de Mills jak członek Klubu Morsów, zdrowiutki i pełen werwy, a malutkie pączuszki już czerwienieją. W sezonie zrobię zdjęcia tego krzewu i wyślę Panu Szefowi Marianowi Sołtysowi, może je zamieści na stronie.

  9. admin napisał:

    Upomnę się. Bezwzględnie!

  10. Marek Moch napisał:

    A ja będę zachwycony! Tylko b. proszę też takie z pewnej odległości, aby widać było pokrój krzewu, jego rozmiary na tle innych roślin i efekt całości. Rzecz jasna te z bliska też :).

  11. Marek Moch napisał:

    I tylko jeszcze dopytam, choć to chyba wynika z poprzedniego Pani wpisu. A czy kopczykuje Pani ziemią swoje róże na zimę? Oraz – jak je Pani nawozi, dokarmia? Muszą być b.dobrze prowadzone, bo ten wzrost -170 cm, mówi sam za siebie :)

  12. ewa miszczak napisał:

    Kiedyś kopczykowałam, jak jeszcze trzęsłam się nad każdą różą, szczególnie świeżo posadzoną. Kiedy rozrosły się i zaczęły porządnie kaleczyć mi dłonie podczas „prac ręcznych”, darowałam sobie kopczykowanie, bo to robota dwukrotna – najpierw zasypywanie (łatwiejsze), ale potem usuwanie tej ziemi (trudniejsze, szczególne gdy wokół coś innego rośnie i nie można po prostu rozgarnąć, a tej ziemi to zwykle więcej niż dwie łyżki). A dokarmiam zwykle raz w sezonie, na start, kiedy jeszcze o tym pamiętam, nawozem mineralnym: azofoską albo jakimś „specjalnym” do róż. Ale u mnie jest dobra ziemia – II klasa, więc i tak róże i inne rośliny dają sobie doskonale radę. Tylko rzodkiewki nie chcą rosnąć, nie tworzą tej jadalnej kulki, tylko wyciągają się w cienki ogonek. Aha, zdarza się, że robię gnojówkę z pokrzyw, żywokostu lub skrzypu i tym podlewam róże, ale to strasznie śmierdzi i naprawdę trzeba dużo samozaparcia, żeby trzymać takie paskudztwo w ogrodzie i jeszcze tego używać. A zdjęcia zrobię z każdej strony i w każdej skali. Pozdrowienia :)

  13. Marek Moch napisał:

    Dziękuję bardzo :)

  14. ewa miszczak napisał:

    Właśnie przeczytałam, że Admin wspomniał o przyrodzonej własności tej róży polegającej na rozrastaniu się poprzez takie pędy – rozłogi. Ta róża rośnie na własnych korzeniach, więc może sobie tak fajnie wędrować po ogrodzie jak lilaki albo maliny. Według mnie to jej zaleta, bo jest wieczna jak róże z bajki, jeśli coś jej się stanie z jednej strony, to przetrwają rozłogi z drugiej. Jednak ja też biorę ją w karby, odcinam te nadprogramowe części i obdarowuję nimi sąsiadów, krewnych i wszelkie koleżeństwo.

  15. admin napisał:

    Mówiąc precyzyjniej: jest to cecha prawie wszystkich /nie wszystkich/ galijskich.

  16. ewa miszczak napisał:

    Panie, Panowie! Mój Ch.d.M. pięknie przetrwał zimę, zdrowe liście, pełne pąki – tylko patrzeć jak otworzą swoje piękno. Krzew rośnie koło jaśminu, razem tworzą zgraną parę, choć to dwie ekspansywne osobowości. Kilka dni takiego ciepła jak dziś i zaraz zakwitną, tylko patrzeć. Przed nimi rośnie azalia japońska i hortensja ogrodowa niebieska. Azalia kwitnie teraz właśnie na ciemnoróżowo, hortensja w pełni lata. Obie rośliny są kwasolubne, ale nie przeszkadza to róży i jaśminowi, które to rosną ciut wyżej, na spadku terenu. Dzięki temu mam przemienność kwitnienia na rabacie pod płotem.

  17. Marek Moch napisał:

    Super! Mój maluch też szykuje się do kwitnienia. No to tylko kilka pączków, ale i tak czekam z wielką niecierpliwością :)

  18. ewa miszczak napisał:

    Panie Marku, ja zawsze czekałam i czekam z niecierpliwością i nadzieją na pojawienie się kwiatów na niedawno posadzonych krzewach. Czasami zdarzały się rozczarowania, bo posadzona roślina okazywała się nie tą odmianą, którą zamawiałam. Tak kiedyś zdarzyło mi się z Ghislaine de Feligonde – może nawet była to ta odmiana, ale jakaś zmutowana i niewydarzona. Oj, ale było przykro – krzaczora wykopałam i oddałam sąsiadce. Teraz rozpoczyna się sezon polowania z aparatem fotograficznym na świeżo rozwinięte kwiaty, w różnych porach dnia i oświetleniu. Uwielbiam to:) Aktualnie robię zdjęcia irysów i piwonii i dziękuję dobremu Bogu, że mam swój skrawek ogrodu, gdzie mogę podziwiać te cuda.

  19. Marek Moch napisał:

    No właśnie obawiam się, czy czasem u mnie nie zdarzyło się coś takiego… Wszystkie inne róże kupiłem w znanej jak sądzę szkółce, pod Jarocinem, te są super. Ale nie mieli już Ch.d.M. i udało mi się go kupić gdzie indziej. Teraz pąki Ch.d.M. (?) rozwijają się dość niemrawo i ich kolor budzi moje obawy. Jest zbyt jasny… Poczekam jeszcze kilka dni, mając nadzieję, że wszystko skończy się dobrze…

  20. ewa miszczak napisał:

    Jutro zrobię zdjęcie całego krzewu, pojedynczego kwiatu i pąka. U mnie pąki są ciemne, purpurowe. Wyślę zdjęcia do Pana Mariana Sołtysa. Może to pozwoli Panu na konfrontację ze swoim krzewem i rozpoznanie. Mam nadzieję, że wszystko będzie, jak należy. A jeśli okaże się, że nie …., to poproszę o adres mailowy i napiszę do Pana a następnie wyślę Panu moją sadzonkę Ch.d.M jak zakończy już kwitnienie.

  21. Marek Moch napisał:

    Bardzo dziękuję! Bardzo, naprawdę bardzo, to miłe z Pani strony :) Ale chyba muszę jeszcze chwilę poczekać. Pierwsze kwiaty były takie, że pojawiła się wątpliwość czy nie doszło do jakiejś pomyłki u producenta i czy czasem nie jest to Rosa Mundi (ew. Camaieux). Gdy się otworzyły nie wyglądały na kwiaty ChdM. Bez wątpienia. Lecz zostały jeszcze trzy, które teraz właśnie się rozwijają i one są inne niż te pierwsze! Pamiętam jak w tej fazie wyglądały tamte i te trzy są inne! Muszę jeszcze poczekać do chwili gdy się otworzą. Być może to pierwsze kwitnienie i stąd te problemy. Pozdrawiam :)

  22. Marek Moch napisał:

    Dzień Dobry. Nie odzywałem się, czekając na zakwitnięcie ostatnich trzech pąków na mojej nieznajomej. Zakwitły co prawda na razie tylko dwa, ale w taki sposób, że już wszystko jest jasne. To co kupiłem to jednak na pewno nie Charles de Mills, lecz Rosa Gallica Versicolor (Rosa mundi). Podaję więc swój adres mailowy marek.moch@wp.pl. Pozdrawiam :)

  23. Monika Marks napisał:

    U mnie zdominowały ją rosnące obok Louise Odier i Variegata di Bologna. Kwiaty nie pojawiają się w jakiejś wielkiej obfitości, ale to może kwestia stanowiska- rośnie w półcieniu.

  24. Marek Moch napisał:

    Pani Ewo. Raz jeszcze dziękuję za naprawdę miłą propozycję, lecz ostatecznie postanowiłem zostawić Rosę Mundi. Charlesa zatem u mnie nie będzie, gdyż na dodatkową różę nie mam miejsca. Pozdrawiam :)

  25. Ada Tarnawska napisał:

    Witam wszystkich Państwa,
    znalazłam się dziś u ChdM, bo i mnie kusi ta odmiana. Ale zapytanie mam ogólne dotyczące róż historycznych. Posiadam kilka róż nie powtarzających kwitnienia, w większości młode egzemplarze. Moim zmartwieniem w ich przypadku jest kwieciak, który każdej wiosny wyniszcza wszystkie pąki, również róż współczesnych. Te, które powtarzają falami zakwitają w lipcu/sierpniu, lecz róże kwitnące jeden raz w sezonie przepadają. Kiedy czytam jak pięknie i obficie kwitną róże historyczne u Państwa zastanawiam się jakie czary stosujecie aby przechytrzyć szkodniki. Będę bardzo wdzięczna za wszelkie podpowiedzi. Pozdrawiam i byle do wiosny :)))

  26. Jacek Kondratowicz napisał:

    Nie wiem czy akceptuje Pani ochronę chemiczną róż historycznych.Jeśli tak,to podzielę się moim sposobem,ale nie jest to novum.Po prostu już na około 10 dni przed spodziewanym kwitnieniem pryskam róże środkiem systemicznym o nazwie Mospilan 20 SP w proprcji 1 gram na 1 litr wody. Można opryskać tylko dolną stronę liści. Dla pewności powtarzam oprysk tym samym środkiem kiedy zaczynają pękać pąki. Szkodnik już wtedy jest zlikwidowany na 100%.Należy bezwzględnie stosować go póżnym wieczorem.Bardzo nieekologiczne ale bardzo skuteczne. W literaturze dla upraw amatorskich,polecane są jeszcze środki z grupy pyretroidów.Jest ich dużo na rynku.Można próbować jeszcze wyciągu z czosnku,ale zadawalających efektów z tego nie będzie.

  27. Ada Tarnawska napisał:

    Bardzo dziękuję za odpowiedź i to szybką :))). Rzeczywiście róże historyczne i damasceńskie „traktuję” delikatniej, lecz nie wzbraniam się przed żadną interwencją – szczególnie w przypadku szkodników. Niestety im więcej krzewów różanych, tym więcej przykrych niespodzianek. Róże historyczne w ogóle udają mi się średnio, a może moje oczekiwania są zbyt wysokie – po prostu czekam na spektakl, a tu albo kwieciak, albo inne paskudztwo, w najlepszym razie ogołocone w środku lata krzewy porażone czarną plamistością.
    Środki systemiczne stosowałam (nie Mospilan), ale chyba zbyt wcześnie: kwiecień/maj. Wyszłam z założenia, że trzeba przegonić samice nim złożą jaja. Rozumiem, że Pan sięga po Mospilan z końcem maja lub jeszcze później? Czy powtarza Pan opryski także latem, kiedy następuje wylot przepotworzonych chrząszczy (oczywiście nie tych ze skrupulatnie wyzbieranych pąków, ale mających się dobrze po sąsiedzku :)))?
    Tego lata miałam taką sytuację, że pierwsze kwitnienie róż było znikome z powodu kwieciaka, a potem współczesne floribundy wykształcały zniekształcone jakby wygryzione kwiaty. Dopiero kwitnienie późnym latem i teraz jesienne wygląda jak powinno – czy to także robota kwieciaka?
    Raz jeszcze dziękuję. Serdeczności!

  28. Jacek Kondratowicz napisał:

    Kwieciaki co prawda wychodzą już w kwietniu ale najwięcej (przynajmniej u mnie) pojawia się właśnie po 20-tym maja i jeszcze przed początkiem czerwca zaczynają psuć pączki pierwszych róż. Wtedy też pierwszy raz je likwiduję.Drugi zabieg z kolei to około 10 czerwca na te larwy,które wylęgły się z jaj tych samic, którym udało się przeżyć. Póżniej już tego robactwa nie widuję,ale może dlatego,że zlikwidowałem truskawki i maliny sąsiadujące z różami.Wbrew jego nazwie to właśnie truskawki są największą przechowalnią tego robaka. Póżniejsze uszkodzenia pąków to być może u Pani niedobitki kwieciaka ale najprawdopodobniej to robota kruszczycy. To „coś” niszczy pąki i nawet całe rozwinięte kwiaty przeważnie nocami i to do jesieni. Wielu hodowców poleca właśnie pyretroidy o działaniu kontaktowym w teoretycznym okresie występowania tych szkodników ale w praktyce to taka zabawa w kota i myszy. Wydaje mi się,że Mospilan chociaż bardziej niebezpieczny dla pszczół jako niesławny neonikotynoid, to jednak definitywnie likwiduje problem wszelkiego szkodliwego robactwa na różach. Ale w czasie kwitnienia róż nie stosuję go oczywiście. Natomiast kruszczycę trudno jest zwalczać. Zbieranie i niszczenie ręcznie dorosłych chrząszczy spotkanych czasem w ciągu dnia jest mało przyjemne,a larwy z kolei tylko w ziemi żerują,więc nie wiem doprawdy co Pani poradzić bo pryskanie róż czymkolwiek w czasie kiedy kwitną jest bardzo ryzykowne dla pszczół.

  29. Ada Tarnawska napisał:

    Witam ponownie
    i króciutko w temacie, bo nie wiem czy wypada będąc gościem taką prywatę uprawiać:))). Przede wszystkim dziękuję za wskazania. Przyjrzałam się dorosłym okazom kruszczycy i rzeczywiście coś takiego widziałam w ogrodzie. Nie rzadko taż znajduję pędraki w glebie. To wszystko wyjaśnia. Mój ogród choć zdecydowanie ozdobny, a nie użytkowy, to graniczy bezpośrednio z sadami, malinowymi chruśniakami oraz polami uprawnymi i zapewne stamtąd chrząszcze przenoszą się do mnie. Wiosną w terminach zbliżonych do podanych przez Pana zastosuję Mospilan i zobaczymy, może w końcu ujrzę „show”:))). Znalazłam także w internecie biologiczną metodę zwalczania pędraków chrząszczy z rodziny ryjkowcowatych. Środek zawiera nicienie pożyteczne, a nazywa się Larvanem.
    Raz jeszcze podziękowania :)))

  30. ewa miszczak napisał:

    U mnie nie zauważyłam nigdy kwieciaków na różach. Największą zmorą są choroby grzybowe, a w drugiej kolejności – mszyce i bruzdnice. Kiedyś te ostatnie załatwiły mi większość kwiatów w pierwszym kwitnieniu na Heritage i Charles Austin. Kiedyś zawzięłam się i robiłam profilaktyczne opryski niemal z zegarkiem i kalendarzem w ręku – niestety i tak w środku sezonu stały łyse, bezlistne badyle z kwiatami na szczycie łodygi. W kolejnym sezonie odpuściłam sobie ochronę chemiczną przeciwgrzybową i było dużo lepiej – zapewne to zasługa ciepłego i suchego lata. Taki traf :) Jednak odmiana Charles de Mills u mnie, jak to już wcześniej pisałam, mam się dobrze i nic się jej nie ima – ani grzyby, ani robaki, ani mróz. To jedna z najzdrowszych róż w moim ogrodzie. Ona rośnie sobie, a ja doglądam jej od czasu do czasu i właściwie nic nie muszę robić oprócz podsypania nawozu na wiosnę, potem podwiązuję uginające się pod ciężarem kwiatów pędy, a potem nic już nie robię, aż do następnego sezonu.

  31. Jacek Kondratowicz napisał:

    To jest urok starych róż. Nie było chemii a róże rosły i kwitły. Chociaż na temat jakości (chyba zamierzonej) obecnie dostępnych środków ochrony można by rozprawkę napisać.Mam o nich złe zdanie.Zwłaszcza właśnie o fungicydach.

  32. admin napisał:

    Rozumiem, że nie może Pan wprost powiedzieć o byle jakości fungicydów. Odpowiem inaczej. W Cawriglia, róże są opryskiwane brutalnie i obficie miedzianem – i co najważniejsze jest to skuteczne.Ja, u siebie z konieczności w tym roku opryskałem starym , prymitywnym preparatem siarkol – innego nie było. Efekty rewelacyjne. Any questions?

  33. Jacek Kondratowicz napisał:

    Skuteczność tych najbardziej znanych z roku na rok jest coraz mniejsza. Producenci oczywiście powiedzą,że grzyby się uodporniają. Jest to tylko część prawdy.Lobby ekologiczne działa bardzo prężnie i ośmielę się stwierdzić,że, paradoksalnie na korzyść wielkich koncernów chemicznych. A że nic nie jest dziełem przypadku,więc interes się kręci. Zasada,aby ktoś zyskał to ktoś inny musi stracić jest prawdziwa. Kto traci – wiadomo.Trąci teoriami spiskowymi,ale niestety,taki jest dzisiejszy świat.

  34. ewa miszczak napisał:

    Mój ChdM pięknie przetrwał zimę bez jakiegokolwiek okrywania ani kopczykowania. Widziałam dziś nabrzmiałe pąki, zatem jeszcze kilka ciepłych dni i zacznie się życie w ogrodzie, a na przełomie maja i czerwca spektakl, tak wyczekiwany przez nas wszystkich. Charles radzi sobie doskonale, zarówno z mrozem, jak i chorobami i szkodnikami, wobec tego mogę go z czystym sumieniem polecić wszystkim osobom pragnącym rozkoszować się wybitnym pięknem róży historycznej. Dodam także, że kwiaty są bardzo odporne na warunki atmosferyczne, w tym na deszcz i wilgoć w powietrzu. Nie pleśnieją ani nie brązowieją, a to wielka zaleta u odmian nie powtarzających kwitnienia.

  35. Marek Moch napisał:

    Ach ten ChdM :) Pozdrawiam :)

  36. Anna Krasiejko napisał:

    Mimo że nabyłam ChdM w renomowanej szkółce miałam dokładnie taką samą niespodziankę jak p. Marek – otrzymałam Versicolor. Szkoda, trzeba znów polować (mimo swej urody ChdM nie zawsze jest dostępny w sklepach wysyłkowych) i czekać cały rok.

  37. Ewa Miszczak napisał:

    Pani Anno, proszę podać swój adres na mojego maila – Pan Marian Sołtys ma :), ewentualnie tu podam, to chętnie Pani wyślę sadzonkę, tak jak proponowałam Panu Markowi, ponieważ u mnie pięknie się rozrasta i mam ich dużo do podzielenia się.

  38. Anna Krasiejko napisał:

    Pani Ewo, bardzo, bardzo Pani dziękuję.
    Z radością skorzystam z tej propozycji; może mi się uda coś zaproponować Pani na wymianę.
    Aby nie absorbować naszego miłego Gospodarza podaję swój adres mailowy: annkra@poczta.neostrada.pl.

Napisz komentarz