Różanka na Podlasiu

Pani Monika Marks tworzy na Polesiu, bądź jak to sama określiła Polesiu Południowym, różankę z której pochodzą te oto prezentowane fotografie.

cardinal-de-richelieu

Picture 1 of 20

Różanka na Podlasiu Południowym

W 2011 roku zrealizowałam swoje marzenie o posiadaniu domu na wsi, ale nie takiego w stylu podmiejskich rezydencji wystylizowanych na współczesne pałace, było to po prostu opuszczone gospodarstwo w okolicy, ani zbyt blisko miasta ani zbyt daleko od naszego miejsca zamieszkania. Dla mnie osobistą inspiracją był film Janusza Majewskiego „Siedlisko”. Niewiele jest produkcji filmowych, które zrobiły na mnie takie wrażenie i tak gruntownie poprzestawiały mi klepki.
Krążyliśmy jakiś czas w poszukiwaniu czegoś odpowiedniego i w cenie nie przekraczającej naszych możliwości. Widzieliśmy rudery za astronomiczne kwoty, urocze miejsca na kompletnym odludziu, aż w końcu, wjeżdżając od Radzynia w coraz to węższe drogi, przecinające pola i lasy, trafiliśmy tu, na Podlasie Południowe do gminy Sosnówka. Trochę przestraszyłam się tych ponad hektarowych przestrzeni, dziwnych odgłosów, starych sprzętów, nie wiadomo do czego służących. W domu jeszcze jakby duch poprzednich właścicieli został… meble i drobne przedmioty, obrazy na ścianach, przydeptane stare kapcie w sieni tak jak by przed chwilą wyszli, choć kurz i pajęczyny świadczyły, że rzadko tu ktoś zaglądał. Piece i kuchnia kaflowa z fajerkami były jak z innej planety, stare, wysłużone, cudowne! Stare firanki na karniszach z drewna, okna otwierające się na zewnątrz, podłoga pomalowana na olejno, sień dawno już bielona…

Słodkie jak miód winogrona obrastające południową ścianę stodoły jakoś przywróciły mi równowagę, ale miałam wrażenie, że ten świat to coś zupełnie innego niż to co ja, mieszczuch z dziada pradziada, znałam. Za domem w którym od 8 lat nikt nie mieszkał, zaniedbany sad. Poza tym ogromy, wyższy od domu krzew jaśminu, bzy, jakieś zdziczałe wiśnie, śliwy, perz po pachy, klon jawor, dąb czerwony, dwa orzechy włoskie i czeremchy posadzone wzdłuż miedzy.  Na terenie   rozrzucone płyty eternitu, jakieś deski, stare opony  i wszelakie śmieci drobniejszego kalibru. Dom i okolica wyglądały dość przygnębiająco,  jednak w nas płynęła już krew posiadaczy ziemskich, a emocje z tym związane pozostały do dziś.
Przed sprzedażą dom został oczyszczony dokumentnie ze wszystkiego przez sprzedających, pozostały tylko firanki i piece. Ogromne ogniska na podwórku sugerowały, gdzie większość z tych rzeczy zakończyła swój ziemski żywot…
Zaczęliśmy  przystosowywać dom do mieszkania zachowując jednocześnie ducha tego miejsca, który wszedł tu wraz z jego pierwszymi mieszkańcami 60 lat temu.  Spędzaliśmy tu, w miarę możliwości również święta.
Pierwsze prace ogrodnicze.
Po przyjeździe w dniu zakupu siedliska ujrzeliśmy step z pożółkłą listopadową trawą, samosiejki klonu jesionolistnego i innych oraz obraz tchnący zapachem zbutwienia, wilgoci, chłodu i zaniedbania. Ogródek ozdobny rodził się z udziałem kilku osób oraz środków przymusu bezpośredniego użytych wobec perzu, samosiejek różnych, gleby jako takiej i pozostałych lokatorów, panujących tam wprawdzie od lat, ale nie niezatapialnych (tak nam się przynajmniej wydawało).
Zaczęliśmy od intensywnych działań zmierzających do jednego – żeby wykończyć chwasty. Łatwo nie było, do tej pory nie jest.  Stopniowo zaczęło przybywać roślin, które miały upiększyć widok z okien i z ganku. Teren przed domem w przyszłości ma się stać repliką fragmentu ogrodu, jaki posiadał i uwieczniał na swych obrazach Bazyli Albiczuk, malarz samouk urodzony w Dąbrowicy Małej.
Wiosną 2013 postanowiliśmy ruszyć z pracami bardziej konkretnie i w tym celu jeszcze zimą wysłaliśmy  umyślnego z wywrotką obornika w celu zasilenia ziemi w ogrodzie frontowym, ziemia na pozostałym terenie wydawała się być bardzo żyzna, z uwagi na wieloletnie utrzymywanie zwierząt gospodarskich. Miejscami jednak ciężka, gliniasta i trudna do przygotowania pod nasadzenia.
Róże
Bez róż nie ma ogrodu, zatem już latem 2012 szarpnęliśmy się nawet, o święta naiwności, na dwie róże sztamowe z miejscowego sklepu ogrodniczego, które były uprzejme zdechnąć sobie zimą. Teraz mamy z nich ładne róże podkładkowe, czyli nie ma tego złego, co by nam nie wyszło!
Późną jesienią 2013 podczas kolejnego wiejskiego pobytu, wirtualnie sadziłam róże na rabacie, która powstać miała na polu dorodnego perzu, od strony południowo-wschodniej, tam gdzie paliło się ogromne ognisko pochłaniające suche badyle i gałęzie z przyciętych drzew w sadzie. Odwiedziłam jedną ze szkółek internetowych i wytypowałam wstępnie, co następuje:
Gipsy Boy, Mozart, Raubritter, Amulett, Solero, Harrison’s Yellow, Rosa spinosissima var. altaica, Paul’s Himalayan Musk, Super Dorothy, Rosa helenae „Semiplena”, Ritausma.
Analiza ryzyka wskazywała, że powinnam wybierać przede wszystkim odmiany mrozoodporne. Kierowałam się zatem stosownym oznaczeniem w opisie przy każdej odmianie, czytałam literaturę i dostępne opisy w Internecie.
Ostatecznie wypadła Paul’s Himalayan Musk,  którą mi odradzono z uwagi na niemrawe ponoć kwitnięcie w naszym klimacie  oraz Amulett, bo jej nie dostałam  i na różance zagościły:
Gipsy Boy, Lykkefund, Mozart, Ritausma, Fruhlingsgold, Solero, Rosarium Uetersen, Super Dorothy,  Rosa helenae „Semiplena”, Tuscany, Ambroise Pare, Harrison’s Yellow, Gefylt, Marguerite Hilling, Reine des Violettes, Rosa centifolia „Cristata”, Stanwell Perpetual, Rosa spinossissima „Altaica”, Fantin Latour, Rose de Resht i Excelsa.
Mieliśmy też Flammentanz posadzoną wiosną przy płocie od sąsiada oraz Pink Pavement i kanadyjkę- terminatorkę John Davis w sadzie.
Ale wróćmy do rabat: ciąg dalszy działań ogrodowych polegał na przekopaniu siłą męskich ramion wypalonych poletek i uformowaniu dwóch rabat, wytrząśnięciu przeze mnie z grud ziemi jak największej ilości kłączy perzu przy pomocy wideł amerykańskich i nadludzkiego wysiłku, wyrównaniu ziemi, wysypaniu torfu i kompostu, przekopaniu widłami wyżej wymienionych w celu wymieszania z ziemią, wykopaniu dołków, powsadzaniu róż, pięciorników i kilku bylinek jako towarzystwa dla róż, podlaniu wszystkiego i padnięciu na twarz na zakończenie.
Rabaty zostały skonstruowane w taki sposób, że róże pnące stanowiły jeden szpaler, oddzielając różankę od dzikich ostępów wychodzących na północny wschód. Od przeciwległej strony rządek niskich pięciorników zamyka różankę od strony południowo-zachodniej.  Róż z czasem przybywało, niektóre pojawiały się przypadkowo, jako prezenty lub uratowane od zagłady u kogoś, komu się znudziły i wyrzucał je barbarzyńsko na śmietnik. Tym sposobem zyskałam m.in. Queen Elisabeth i drugi egzemplarz Excelsy. Jako towarzystwo dokupowałam kolejne sadzonki ostróżek.
Przy bramie wjazdowej posadziliśmy kilka odmian  róży pomarszczonej, niektóre z certyfikatem ADR, ale ich nazwy zaginęły w pomrokach dziejów.Przeszukiwałam strony internetowe szkółek i wyławiałam kolejne zdobycze. Inspirowały mnie koleżanki bardziej doświadczone w temacie różanym na forum ogrodniczym oraz wizyty w Ogrodzie Botanicznym w Powsinie, choć przyznam, że tam niektóre róże powinny być lepiej oznaczone.
Powstawały kolejne rabaty, jedna z nich nazwana przez nas na wyrost angielską z uwagi na malowniczy nieład kolorowych bylin, została w ubiegłym roku ozdobiona szpalerem róż, które w przyszłości mają upiększyć płot od strony sąsiadki. Wybrałam Hippolyte, Sally Holmes, Himmelsauge, Veilchenblau, Minette.
Czytając zapiski dotyczące kolejnych zakupów odnajduję nazwy: Lambert Close, Babiččina voňavá, Jenny Duval, Rotes Phanomen, Yellow Dagmar Hastrup, Kew Rambler, Elfe i przypominam sobie miejsca, gdzie powinny rosnąć… W ubiegłym sezonie starałam się zidentyfikować, która z róż jest która. Znaczniki legły pod ziemią, a niewprawne oko nie odróżnia póki co Ambroise Pare od Rose de Resht i Reine des Violettes…  Ba! Początkowo nawet trudność stanowiło odróżnienie Gipsy Boy od Tuscany! Niektóre kwitną pod naszą nieobecność, więc nawet nie wiem jak wyglądają w pełnej krasie. Ostatnie lato dało się we znaki brakiem opadów, niektóre krzewy róż także to odczuły. Liczę jednak, że się zregenerują.
Ktoś pomyśli: ot, szaleńcze zakupy i nieprzemyślane do końca nasadzenia. I pewnie trochę racji w tym jest. Ale moje marzenia o pięknym kolorowym ogrodzie tam, gdzie wciąż miejsca uwolnione od chwastów przypominają dziury wygryzione w perzowym futrze przez jakiś nieznany gatunek moli, są dla mnie niezwykłym motywatorem. Krótkie i dość rzadkie pobyty  na wsi wymuszają pracę zrywami, stąd pośpiech w aranżacji rabat i lekki chaos w nasadzeniach. Już widać, że część róż trzeba będzie przesadzić, bo Lykkefund wyrasta na potwora, więc niedługo będzie pożerać wielki słup latarniany w ogrodzie frontowym. Excelsy i Super Dorothy domagają się porządnej pergoli, a nie lichych łuków z „szajs metalu” made in ChRL, jakie póki co mają. Jako ostatnie pojawiły się : Paganini, That’s Jazz, Celeste, róża czerwonawa, a w koszyku z zamówieniami czekają  na wiosnę Cardinal de Richelieu, Bleu Magenta i Gishlaine de Feligonde. Miał być jeszcze Alchymist, ale ostatecznie wylądował w ogródku warszawskim.
I wciąż nie powiedziałam ostatniego słowa.

Monika Marks

7 komentarzy do “Różanka na Podlasiu”

  1. Jacek Kondratowicz napisał:

    Wspaniala,budujaca i optymistyczna opowieść a roze – piękne.Gratuluje!

  2. Kralka Małgorzata napisał:

    I ja dołączę się do zachwytów na tą opowieścią!!!!
    Zupełnie jakbym wspominała swoją historię….
    Cudowna opowieść dla mnie jeszcze z dwóch powodów, zachwycił mnie egzemplarz Dr Huey- po prostu boski, nie mam i nie znałam tej odmiany- piękny !- widać rozrośnięty krzew a przecież ogród jest dość młody i jak bardzo obsypany kwiatami. Muszę go mieć!!!
    A jak z jego zimoodpornością ? Czy Pani go opatula? Podlasie jest jeszcze bardziej na wschód od Mazowsza, jeśli nie ? To byłby bardzo optymistyczny znak.
    Kolejna sprawa, to postać malarza samouka Pana Bazylego Albiczuka, dobre 20 lat temu wpadły mi w ręce zdjęcia jego obrazów, szukałam wtedy więcej inf o nim, nigdzie nie mogłam znaleźć, dopiero dziś po tylu latach ktoś wspomniał o tej postaci, mam jeszcze gdzieś artykuł z tymi zdjęciami. Reaguję tak żywo, bo wtedy też i na mnie te obrazy zrobiły niesamowite wrażenie, takim widziałam swój ogród. Pani Moniko,proszę odezwać się do mnie na – m.kralka@wp.pl z garstką inf o Panu Bazylim.

  3. Kurek Tadeusz napisał:

    ” Róż z czasem przybywało, niektóre pojawiały się przypadkowo, jako prezenty lub uratowane od zagłady u kogoś, komu się znudziły i wyrzucał je barbarzyńsko na śmietnik. Tym sposobem zyskałam m.in. Queen Elisabeth i drugi egzemplarz Excelsy.”

    Czy przypadkiem nie było to w Motwicy? Właśnie tam w 1968 roku mój Ojciec zakładał małą różankę, a to jest też na terenie gminy Sosnówka.
    Z tego co pamiętam, to były tam właśnie ‚Queen Elisabeth’, ‚Frau Karl Druschki’, ‚Super Star’ ‚Mme Meilland’, już zupełnie zapomniana ‚Montezuma’ i wiele innych (ale już nie pamiętam jakich) starych odmian. Najbardziej mi żal róży, która miała kolor jasnej czekolady, niestety, nie zapamiętałem nazwy tej odmiany.

    Wdzięczny będę za odpowiedź, jako że wiele razy tam bywałem, mam nawet kilka starych zdjęć z tego ogródka.Mój adres: t.kurek@onet.pl

    PS Zimą mieszkam w Warszawie, ale latem w swoim ogrodzie na polskim biegunie zimna, czyli w środku Puszczy Augustowskiej.

  4. zuzanna napisał:

    Pani Małgosiu, Panie Jacku i Panie Tadeuszu,
    Serdecznie dziękuję za ciepły odzew i jakże miłe słowa!
    Na konkretne zapytania odpisałam na wskazane adresy mailowe.
    Będę sukcesywnie uzupełniać bazę zdjęć róż podlaskich dzięki gościnności Pana Mariana :)

    Z ukłonami i wiosennym pozdrowieniem,
    Monika

  5. Renata Niedbałowska napisał:

    Jestem zachwycona opowieścią (ma Pani niesamowity dar opowiadania)i różami które rosną jak na drożdżach.
    Pozdrawiam
    Renata Niedbałowska też właścicielka ogrodu która dopiero odkrywa uroki i obłędne wprost zapachy róż historycznych

  6. Anna Krasiejko napisał:

    Dopiero teraz trafiłam na ten piękny opis i, przyznam się, czytałam z zazdrością. Marzę o takiej przestrzeni, gdzie można by sobie ogrodniczo poszaleć. Część z wymienionych tu odmian niewymagających i mrozoodpornych już posadziłam w zeszłym roku, część będzie sadzonych w tym sezonie. Szczególnie ucieszyło mnie stwierdzenie, że „Lykkefund wyrasta na potwora”. Na to liczę sadząc go u siebie (przeznaczyłam dla niego spore uschnięte drzewo – jest mocne, lepsze niż pergola).
    Mam nadzieję na ciąg dalszy tej wspaniałej historii. Ciekawa jestem, jak się na Podlasiu sprawują Sally Holmes, Rotes Phaenomen i Gefylt?
    Pozdrawiam i życzę Pani udanego sezonu

  7. Pacuk napisał:

    Może mi Pani polecieć odmiany róż ktore można sadzić w donicach na mocno słoneczny tarasie.?

Napisz komentarz