Cięcie róż

Róża, podobnie jak winorośl, nie boi się cięcia. Czy je lubi? Nie wiem. Nie pytałem się, ale po zachowaniu się ,  widzimy że jej to nie wadzi i na taki zabieg pielęgnacyjny reaguje w sposób dla nas pożądany. Daje więc więcej kwiecia i to lepszej jakości a zdrowotność i estetyka krzewów jest lepsza. Dzieci tranu onegdaj nie lubiły, ale wiemy, że im to na zdrowie wychodziło. Czy w związku z tym mamy jak szaleniec z brzytwą latać po ogrodzie i ciąć co nam w ręce wpadnie?

Ograniczać nas w tym względzie winny  tylko dwie okoliczności. Pierwsza, to nasza wizja tego co chcemy osiągnąć a druga to biologia. Co do pierwszej kwestii w ogóle się nie będę wypowiadał bo to sprawa indywidualna. O drugiej owszem, trochę powiem, ale tylko w sensie uświadomienia sobie pewnych ograniczeń. Biblia wprawdzie daje nam delegację do czynienia ziemi poddanej sobie, ale biada tym którzy pojmują to dosłownie. Przykład. Możemy nie przycinać mieszańców herbatnich w ogóle, ale zrobi to za nas zima, która każdorazowo „przytnie” nam pędy do poziomu gruntu. Nawet towarzysz Łysenko nie przyuczył ich mrozoodporności. Z kolei możemy ciąć rokrocznie do gleby centifolie i galijskie, ale miejmy świadomość , że kwiatów po takim ich potraktowaniu, nie uświadczymy. To skrajne przykłady. My jako panowie i władcy naszych piękności, musimy znaleźć ów kamień filozoficzny rozsądku i umiaru.

Pewną, ale nie wyłączną alternatywą dla cięcia może być sposób prowadzenia krzewów, nie zastąpi on jednakowoż całkowicie cięcia. Wiele bowiem odmian krzewiastych /parkowych/ staje się klimberami gdy rosną przy podporze. I odwrotnie. Wiele klimberów staje się krzewiastymi gdy posadzimy je jako wolnostojące. Uwaga ta dotyczy większości mieszańców kordesii, ale nie tylko.

Literatura anglosaska zawiera bardzo wiele wskazówek jak przeprowadzać cięcie róż w zależności od ich rodzajów. Niestety wskazówki te są dla nas z reguły niewiele warte jako, że formułowali je autorzy mający doświadczenia wywodzące się z zupełnie odmiennego klimatu. Jak bowiem rozumieć wskazówki, że cięcie róż nie powtarzających kwitnienie należy przeprowadzać w grudniu. Skąd oni mogą wiedzieć jak postępować po zimie która zafundowała nam spadki temperatur do – 30c. Co nam po uwagach świetnych skądinąd fachowców francuskich o cięciu róż noisette. Jeżeli te róże mamy w swoich zbiorach, odpowiedzi jak je ciąć, musimy udzielić sobie sami. Drogą prób i błędów. Nasze państwo doprowadziło do rzezi instytutów badawczych i i doświadczalnych i w rezultacie odpowiedzi na to i podobne pytania szukajmy  sobie sami. To właśnie z tego powodu powstała ta strona internetowa, bowiem państwo, którego pomysł na skrócenie kolejek do lekarza sprowadza się do tego by ludzie stali bliżej siebie, nie pomoże nam.

Odpowiedzmy sobie najpierw na pytanie : Po co w ogóle przycinamy róże.

-Aby zachęcić je do bujniejszego wzrostu i jak najpełniejszego rozkwitu
-Dla usunięcia martwych  i marnych pędów.
-W celu  poprawienia cyrkulacji powietrza wewnątrz krzewu. Jest to ważne zwłaszcza tam gdzie rosną w większym                  zagęszczeniu.
-Nie bez znaczenia są też względy estetyczne. Chcemy wszak nadać jak najwdzięczniejszy kształt krzewom.

Teraz więc o samym cięciu. Pozwólcie państwo, że nie nie będę pisał iż sekator powinny być ostry a ponieważ róże mają kolce winniśmy mieć dobre rękawice. I o podobnych komunałach, które bez trudu znajdziemy w dziełach np. Marty Steward. Nie będę się też zajmował samą techniką cięcia.

Mieszańce herbatnie i floribundy  - tniemy co najmniej do linii uszkodzeń mrozowych. Pamiętając, że im krócej tniemy, tym mocniejsze pędy się pojawią, ale jednocześnie ostre cięcie opóźni kwitnienie. W tej grupie mamy sporo klimberów, które wymagają nieco odmiennego potraktowania.

Pochodne tych dwu grup – czyli te wszystkie krzewiaste, grandiflory i inne wygibasy nomenklaturowe – podobnie.

Nostalgiczne – wydają się mieć większą odporność mrozową niż czyste mieszańce herbatnie – jednakże cięcie ich winno być, moim zdaniem , równie brutalne jak tych poprzednich.

Współczesne mieszańce międzygatunkowe – a kto to wie! Rodowody ich nie są podawane, brak jakichkolwiek wskazówek. Często tak na prawdę nie wiemy czy to będzie forma duża, parkowa, czy raczej kompakt, bowiem kompakt w Niemczech nie musi mieć formy kompaktu u nas. Tu jeno własne doświadczenie i własne obserwacje mogą dać wskazówki.

Remontantki – Ze względu na bardzo duże zróżnicowanie wewnętrzne tej grupy, nie można dać jednej ogólnej wskazówki. Wiemy, że są bardziej odporne na spadki temperatur od mieszańców herbatnich, ale w przypadku dobrego przezimowania pędów, nie zawsze uzasadnione jest ich zachowanie. Reine des Violettes, gdy zachowamy po zimie jej ponad dwumetrowe często pędy, wspaniale odpłaci się nam niezwykle obfitym kwitnieniem jeżeli oczywiście przygniemy jej pędy. Ale ta sama recepta w przypadku La Reine  czy Mme Oger na niewiele się nam przyda. Adolphe Rostschild ma wspaniałe kwiaty i chcielibyśmy by po przygięciu pędów oczarował nas festonami wspaniałego kwiecia, ale jego pędy są stosunkowo grube i niestety kruche. Raczej nie przygniemy ich i nie okryjemy. Musimy tu liczyć na łaskawość dziadka mroza.

Burbony – ta sama sytuacja co remontantki. Są takie które świetnie zimują jak np. Louise Odier,  ale i takie bardziej kapryśne jak Mme Isaac Pereire. Nie ma więc jednolitej reguły co do cięcia.

Wszystkie pochodne multiflory  i wichury –  ich mrozoodporność , w naszym klimacie jest niewystarczająca,  a w związku z tym i sposób cięcia zależeć będzie głównie od drugiego partnera krzyżówki. Nie ma jednej reguły. Pojawia się jednakże inna zmienna. Mianowicie to, czy je okrywamy na zimę czy też nie. Jeżeli okrywamy , należy się liczyć z wielką obfitością kwiecia a cięcie ograniczamy do kwestii praktycznych. Usuwamy jedynie pędy uszkodzone, suche, połamane lub nie pasujące do naszej koncepcji. Większą rolę odgrywa tu sposób ich prowadzenia . Upinanie pędów, przyginanie ich do poziomu i inne zabiegi których ograniczeniem jest jedynie nasza fantazja. Jeżeli nie okrywamy – no to na los szczęścia Baltazarze. Co się stanie jeżeli przytniemy krótko pochodne wichury? Ano nic takiego. Otrzymamy wówczas małe krzewy/ do czasu, dopóki nie zaczną wybijać główne pędy/ które jakoś tam zakwitną. Może to będzie jakiś jeden nędzny wiecheć  kwiatów a może kilka. Powstaje tylko pytanie. Po co sadzić mieszańce wichury a potem je ostro ciąć.  Ale znam osobiście wiele osób, które drapią się prawą ręką po lewym uchu i jest dla nich miejsce na tym najwspanialszym ze światów.

Galijskie – Wszyscy autorzy są zgodni co do tego , że  pędy ich skracamy o jedną trzecią i to jest zgodne z naszą intuicją. Gorzej jest  z odpowiedzią na pytanie , kiedy ciąć? Odpowiedzią bezpieczną ale kompletnie bezwartościową jest – po kwitnieniu . Dlaczego bezwartościową? Bo zawsze jest po kwitnieniu. W sierpniu jest tak samo po kwitnieniu jak i w maju. A więc kiedy? Zaraz po kwitnieniu!  Takie postępowanie ma kilka zalet. Trochę ogranicza ich wzrost, choć nie są przesadnie wysokie,  powoduje też rozgałęzianie się pędów i stymuluje wypuszczanie nowych a mocniejszych.

Centifolie i mchowe – ciąć czy nie ciąć to w zasadzie jeden czort. Nie nazwał bym tego cięciem a raczej porządkowaniem i estetyzacją. Jak przyjdzie ekstremalny mróz i je wymrozi to też będziemy wiedzieli co z tym fantem zrobić.

Portlandzkie – To bardzo ciekawe zagadnienie. Są ewidentnie  odporne na mróz. Nie wiemy do końca jak bardzo. Gdzieś w granicach 4  strefy usda. Jednakże nie przycinane, lub cięte jedynie kosmetycznie, nie dają zbyt estetycznych doznań. Myślę, że optymalnym rozwiązaniem byłoby skracanie ich pędów gdzieś do połowy z jednoczesnym  przerzedzaniem /prześwietlaniem/ krzewów ze swej natury bardzo zwartych.

Piżmowe – Czuję się tu trochę winny. Najpierw napisałem o nich dużo dobrego a teraz wypadałoby dodać kilka słów prawdy. Otóż nigdy nie będziemy mieli z nich tyle radości co np. Francuzi czy Anglicy. Ich niska w sumie odporność mrozowa, powoduje , że bez okrywania, obfite kwitnienie będziemy mieli raz na jakiś czas a nawet i okrywając  nie poradzimy sobie tymi solidnymi krzaczorami. Możemy przecież okryć zaledwie kilka pędów. Cięcie jest tu trudne, jednak ma znaczenie drugorzędne.

Rugosy – przy cięciu bierzemy pod uwagę jedynie względy estetyczne i higieniczne.

Kanadyjskie – dopiero się ich uczymy. Na przykład Pani Jowita Czyż  w przypadku odmiany McKenzie, usunęła część  pąków kwiatowych i otrzymała w ten oto sposób kwiaty dorodniejsze, ale niestety skróciła sobie w ten sposób czas kwitnienia. Odmiana ta powtarza z pewnym oporem. Czy opisany zabieg  zachęca ją do obfitszego powtórnego kwitnienia?  To dopiero trzeba by sprawdzić.To zróżnicowana grupa róż. Są tam mieszańce rugosy. Z tym nie ma kłopotu. Podobnie jak z mieszańcami z użyciem r. kordesii. Mamy tu pewne doświadczenia, ale nie wiemy czy ich mrozoodporność jest istotnie większa niż europejskich mieszańców kordesii. W zestawie genowym są bowiem tu obecne odmiany miejscowe. Jeszcze nie wiemy jak te odmiany będą się zachowywały u nas. Czy np, John Cabot będzie istotnie klimberem i jak dużym? Czy będzie w naszych warunkach przemarzał? I od jakich spadków temperatur? Nie wiemy też jak zachowają się naprawdę mieszańce róży preriowej. Skąd niby mam wiedzieć jak je w naszych warunkach ciąć?

Angielskie – Na nasz rynek ta grupa róż wkroczyła wcześniej od kanadyjskich i świetnie się zadomowiła. Ich uroda sprawiła, że mimo wysokich cen, każdy rosomanes chce je mieć w swojej kolekcji. Trochę gorzej jest z pielęgnacją gdyż nie są to róże dla początkujących. Wiemy, że ich mrozoodporność jest wyraźnie większa niż odmian współczesnych z którymi mieliśmy do tej pory do czynienia. Nie jest jeszcze jasne jak w naszych warunkach objawi się ich siła wzrostu. Podejrzewany, że rosną silniej niż w Anglii, ale nie daje to nam wystarczających wskazówek do sformułowania zaleceń co do cięcia. W jednym z wpisów pokazywałem jak w trudniejszych od naszych warunkach Białorusi, radzi sobie z tym Pani Julia Tadeusz. Możemy domniemywać, że cięcie po takich zabiegach okrywających je, musi być funkcją tego jak duże krzewy chcemy mieć w swoim ogrodzie.

Kompakty – Traktowałbym je jak mieszańce herbatnie, ale zauważyłem, że po ostrym cięciu zakłóca się ich symetria krzewu. Ostro przycięty Red Leonardo da Vinci czy Home Run, nagle dają ostre, duże przyrosty. A więc uwaga z mocnym cięciem.

Miniaturowe – cięcie kosmetyczne. Przy zwartych nasadzeniach nie wahałbym się użycia nożyc elektrycznych.

Zdaję sobie sprawę, że tematu nie wyczerpałem, nie odpowiedziałem też na wiele problemów. Ale nie to było moją intencją. Skupiłem się bowiem raczej na filozofii a nie na technice cięcia. Chodziło mi o odczarowanie tego tematu i ośmielenie rosomanes by poza sekatorem używali też  doświadczenia i rozumu który jest jego funkcją.

 

5 komentarzy do “Cięcie róż”

  1. U. Trętowska napisał:

    Świetnie napisane! Chyba i laik zrozumie.
    Podoba mi się takie podejście do tego tematu, bez zbędnego rozdmuchiwania i robienia z igły wideł.
    Krótko i na temat :)
    Pozdrawiam

  2. Kozak napisał:

    Na los szczęścia Baltazarze. Kto pamięta ten film….
    przepraszam ze nie na temat

  3. Smutek Nela napisał:

    A propos róż Wichurana ,mam Alberic Barbier od 5 lat,przesadzona,nie kwitła, tylko marzła,więc problem cięcia był rozwiązany…natomiast Paul Transon ,także z tychże odmian ,posadzona na jej miejsce ,pięknie urosła i zakwitła na całej długości pędów .Teraz obcinam tylko cienkie gałązki,wychodzące z głównych pędów…
    Piżmówki …,potwierdzam podczas surowych zim przemarzają ,cięcie dosyć mocne, w tym roku cięcie niewielkie.
    Róże noisette ,u nas podchodzimy z rezerwą do tej grupy róż,Marie Dermar zaskoczyła mnie ,mam ją od 2011 i każdej wiosny nie wymagała cięcia,nie przemarzała w ogóle…Może to zależy od krzyżówki…miałam dylemat jak ją ciąć,w sumie wycięłam cienkie gałązki i prześwietliłam trochę .bo róża ta rośnie dość intensywnie…
    Do angielek podchodzimy, z tego co się orientuję, dosyć indywidualnie…ja nie tnę długich pędów ,tylko je przeginam prawe do poziomu,i z każdego oczka wyrastają krótkopędy z kwiatami,po przekwitnięciu ścinam do 2 oczek i powtarzają kwitnienie…Dotyczy to wysokich angielek typu Charles Austin.

  4. Maja Zamroch napisał:

    Witam,co do angielek to muszę Pani przyznać,że one właściwie mają tendencję do takiego ułożenia.Długie pędy po prostu się pokładają,i dalej krzew rośnie jak róża pnąca ! I wcale mi się to nie podoba,bo trzeba kombinować z podporami :( .Moim zdaniem np. Graham Thomas wygląda najlepiej,gdy po zimie zetnie się 1/3 długości pędów. Wtedy krzew rośnie gęsto,ale się nie pokłada,a kwiatów jest mnóstwo ! Niestety,u mnie zwykle przemarza więcej niż 1/3 i muszę ciąć krótko.Potem wyrastają długaśne pędy,które trzeba podpierać,bo inaczej po prostu leżą na ziemi i dalej roślina przeistacza się w pnącze,czyli wypuszcza nowe pędy pionowe i i w ogóle nie wiadomo już jak to ogarnąć. No chyba że rośnie przy ścianie…w sumie nigdy nie próbowałam tej odmiany tak prowadzić,ale eksperymentowałam już z tyloma odmianami,że chyba już mi się nie chce :(. Zresztą została mi już tylko jedna wolna ściana ,przy której wszystko zdechło-mam na myśli róże pnące,bo jest tam za gorąco. Aha,jedna sobie radziła,to była Santana,ale jakie z niej pnącze ??? Badyle za nic nie chciały się giąć,grube,sztywne i kolczaste i zrobiło się przy niej niebezpiecznie.

  5. Andrzej Gotowczyc napisał:

    Witam. Mieszkam pod Wrocławiem i w tych okolicach nie ma wielkich problemów z przemarzaniem róż i ich naturalną selekcją. Za to letnie upały ostatnich lat sprawiają, że kwitnienie bardzo się skraca, a spalone słońcem kwiaty wyglądają bardzo smutno. Dzisiaj podczas wycinania przekwitłych kwiatostanów nasunęło mi się pytanie – czy wycinać je także na różach które nie powtarzają kwitnienia? czy im to w czymś pomoże? czy lepiej zostawić je żeby, jako czerwone owoce, były ozdobą na zimowe dni ?

Napisz komentarz