Urok nowych czy starych róż?

Jako motto do tego artykułu, niech posłuży cytat z bajki Andersena zatytułowanej przewrotnie – Świniopas.

„Na grobie ojca księcia rósł krzew róży , cudny krzak róży. Zakwitał tylko raz na pięć lat i to jedyną różą . Ale ta róża pachniała tak słodko, że wąchając ją zapominało się o wszystkich zmartwieniach i troskach świata.”

Ci z Państwa, którzy znają tą bajkę, wiedzą że księżniczka obdarowana tym cudnym i niezwykłym kwieciem, odrzuciła  ów królewski prezent i żadne zalety tego czarownego kwiecia nic tu nie pomogły. Nie dorosła do tego.

Pan Jacek Zwoliński ma wyjątkowy talent do zadawania niewygodnych pytań. Tym razem raczył był wyrazić swoją wątpliwość co do wyjątkowości tzw. starych róż, czym zainspirował mnie do sięgnięcia po pióro. No bo i rzeczywiście, jak spojrzę  na tak zwane róże nostalgiczne Eversa, to doprawdy nie sposób znaleźć jakieś słabe strony tej grupy róż. Pełna kolorystyka zawierająca się w szerokiej palecie proponowanych barw. Zróżnicowana budowa kwiatów. Mamy bowiem i płaskie i kuliste i rozetowe. No, może zapach nie u każdej odmiany równie dobry. Ładny pokrój – rośliny w każdym przypadku prezentują się lepiej niż english roses Austina. Do tego dodajmy jeszcze tak piękne jak i całkowicie/prawie/ odporne na choroby grzybowe listowie. O tak banalnym aspekcie jak prawie ciągłe kwitnienie nawet nie wspominam bo to standart. Jedyny aspekt oceny jaki z mojej strony jest ważny a do którego mógłbym mieć zastrzeżenia to mrozoodporność, która tak do końca nie jest nam dobrze znana. Intuicyjnie tylko wiemy, że porusza się pomiędzy 5 a 6 strefą usda. Nostalgiczne, posłużyły mi za przykład, ale współczesna oferta handlowa zawiera jeszcze i English roses Austina, Generosa Massada, i Marchenrosen Kordesów i wiele, wiele innych o których piszę szerzej w artykule o różach w wiktoriańskim stylu.

Z drugiej strony mamy setki odmian róż dziewiętnastowiecznych i starszych, które gdyby stanęły do formalnej oceny miałyby problem z uzyskaniem ocen bodajże dostatecznych w wielu aspektach. Weźmy bowiem na warsztat galijskie. Uboga kolorystyka zawierająca się w odcieniach różów i czerwieni uzupełniona fioletami. Nawet z bielą jest krucho. Kwiaty prawie wszystkich odmian podobne do siebie. Trzeba zęby  na nich zjeść by je od siebie odróżnić. Z zapachem też nie jest tak różowo jak na pierwszy rzut oka wygląda. Krzewy prawie wszystkie bez wyjątku jakby trochę rozlazłe o zbyt giętkich pędach na jak na standardy  obecne.  Na kwiat cięty też nie tego. Listowie piękne, ale jednak brzydko się starzejące i podlegające wymianie w trakcie sezonu wegetacyjnego. Wreszcie strzał ostateczny. Cóż bowiem z tego, że są mrozoodporne jak nie powtarzają kwitnienia.

Wejście do zestawu genów róż chińskich, wprawdzie zniszczyło mrozoodporność róż europejskich , ale dało im dar powtórnego a potem ciągłego kwitnienia. Zmieniło to diametralnie nasze ogrody. Róże stały się elementem konstytuującym rabaty jednobarwne, stale kwitnące, weszły jako jeden z ważnych elementów do rabat mieszanych. stały się elementem stałym na patiach i tarasach. W dziewiętnastowiecznych dworskich ogrodach mieliśmy wyodrębnione ogrody różane, które buchały ogromem i wielością kwiecia , upajały zapachami. Jednakże ten boski spektakl trwał nie więcej jak przez miesiąc. Potem ogród zamierał i nikt do niego nie wchodził poza ogrodnikiem. Dziś  nie stać nas , poza nielicznymi wyjątkami na tak rozrzutne traktowanie przestrzeni ogrodowej. Jest ona tak projektowana i planowana by mogła być atrakcyjna przez cały sezon.  Jeżeli robimy taki podział to jedynie w wymiarze symbolicznym. Tu rabata taka, tam owaka, ale wnetrze ogrodowe jako takie musi nam służyć jak najdłużej.

W tym wymiarze obecne róże, począwszy od mieszańców herbatnich, są dla naszych potrzeb bardziej odpowiednie od wiktoriańskich. Tym bardziej, że hodowcy zdając sobie dobrze sprawę z owego niezdefiniowanego wdzięku róż dziewiętnastowiecznych, niezwykle bogato współczesne mieszańce wyposażyli co też chyba dobitnie podkreśliłem na wstępie artykułu.

Jak więc jest w istocie, czy warto sięgać po te starocia? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Tak jak nie potrafię odpowiedzieć na pytanie czy meble współczesne są gorsze od antyków. Podejrzewam, że gdyby nawet każdego z nas było stać na oryginalne ludwiki czy chippendale , to większość konsumentów, ze względów praktycznych wybrałaby meble współczesne. Wielu bowiem designerów  biedziło się by trafnie odpowiedzieć na potrzeby współczesnej rodziny i z całą pewnością zrobiło to bardziej udanie niż  stolarze dziewiętnastowieczni, którzy myśleli o trochę innej klienteli a na meble plebsu dziewiętnastowiecznego z pewnością nawet nie chcielibyśmy spojrzeć. Podobnie i róże wiktoriańskie , nie dla ogółu były tworzone a dla bardzo wąskiego kręgu odbiorców. Dziś więc podziwiamy te najlepsze, te które przez stulecia same przetrwały. Same , bądź ktoś się nimi zaopiekował bo mu się po prostu podobały.

Czy więc róże wiktoriańskie przetrwają po tej niezwykle udanej ofensywie współczesnych hodowców, którzy do ich najlepszych walorów dołożyli lata doświadczeń i osiągnięć  całych pokoleń hodowców? Bez wahania odpowiem , że tak. Będą nam niezbędne do rekonstruowania starych parków i ogrodów, będą w liczących się kolekcjach i rosariach.  Będą je uprawiali hodowcy jako bank genów. Wreszcie każdy szanujący się rosomanes będzie chciał nie tylko róże uprawiać , ale i je rozumieć  a bez poznania przeszłości trudno rozumieć teraźniejszość. Tak jak nie możemy sobie pozwolić na przerwanie ciągłości kodów kulturowych, bo nie będziemy w stanie czytać ze zrozumieniem Pana Tadeusza , Trylogii czy Wesela, a wtedy przepadniemy jako naród , tak też i nie będziemy w stanie docenić trudu dzisiejszych hodowców bez poznania ich punktu wyjścia. Jest jeszcze  tak zwana masa, najszersza klientela. O nich się jednakże zbytnio nie martwmy i nie troskajmy. Dopóki ich zainteresowanie nie wykracza poza kolor róży/ a i to już dużo/ dopóty z żadnym przekazem tam nie dotrzemy.

To tyle rozważań ogólnych, ale artykuł ten będzie niepełny bez konkretnych odniesień. Nie wykonam jednakże tej pracy bez czytelników. Nie chcę i nie uważam tego za stosowne. Podam tylko kilka przykładów. O inne proszę w komentarzach. W ogródku wiejskim/ nie w ogrodzie/  mojej babci rosła sobie w punkcie centralnym rosa alba maxima. Rosła odkąd moja pamięć sięgała. Nie wyobrażałem sobie by w moim ogrodzie mogło zabraknąć tej odmiany. Stała się taką samą częścią   mojego dziedzictwa kulturowego jak i jej modlitewnik czy  stare fotografie. Nie mają tu nic do rzeczy jej walory uprawowe czy dekoracyjne. Wszak bez problemu znajdę w dzisiejszej ofercie handlowej mrowia szkółek odmiany lepsze i ładniejsze.  Nie o to jednakże chodzi. Pierwsza odmiana jaka z głębi dziejów zawitała do mojego ogrodu jako zakupiona samodzielnie to Louise Odier, ale najwyżej  z całego tego historycznego towarzystwa które gości w mojej kolekcji oceniam Comte de Chambord.  Piękno kwiatu, jego zapach, zwięzła budowa krzewu , mrozoodporność i powtarzanie kwitnienia – wyczerpują w moim rozumieniu ideał róży.    Dziś , gdy idę sobie przez ogród i podziwiam rosnące sobie obok siebie w dobrym zdrowiu babcie, prababcie ciotki i inni kuzyni, trudno mi uciec od pewnych rozważań mistycznych o miałkości a jednocześnie siły sprawczej ducha ludzkiego. Stworzyliśmy je. My odejdziemy a one pozostaną by dalej nieść dumnie imiona naszych heroin i bohaterów  z głębi wieków.

Kto tego nie rozumie, nie będzie uprawiał starych róż niezależnie od ich cnót zalet i ewidentnych wad i braków, że odwołam się do motta tegoż artykułu.

3 komentarzy do “Urok nowych czy starych róż?”

  1. Joanna S. napisał:

    Stare róże tak samo, jak antyki mają duszę. Dzięki nim przenosimy się do ubiegłych stuleci, wspaniałych przypałacowych ogrodów. Te róże mają swoją historię, były świadkami wielkich wydarzeń. Poza tym, dla mnie osobiście to one mają najpiękniejsze kwiaty. Owszem, współczesne też są upakowane ale nie mają tego czaru dawnych epok. Uwielbiam słodki zapach starych róż. Warto o nie dbać i nie dopuścić do wyginięcia tej ogromnej liczby odmian. Są nawet róże upamiętniające naszych rodaków, poza dobrze nam znaną Aurora Poniatowski – Celeste. Pewna francuska szkółka ma w swojej ofercie odmiany noszące nazwy: Dembrowski i Comtesse Branicka.

  2. Basia W. napisał:

    Gdybym któregoś, pięknego dnia nie natknęła się w internecie na róże historyczne, moja różanka to były by te dwie nieszczęśnice, dla których nie miałam serca.Minęły dwa lata, na wiosnę dosadzę kolejne różyce, będzie ich już osiemdziesiąt, sama w to nie wierzę ale jak się nie zakochać Mme Plantier, Mme Louis Leveque, jak nie biec przez ogród, by zanurzyć się w zapachu wspomnianej tu Comte de Chambord ? Czy zwykłe współczesne rabatówki mogą dostarczyć takich wzruszeń, nawet te najdoskonalsze ? Chylę czoła przed wielką pracą współczesnych hodowców, lecz moje serce pozostanie przy historycznych, jest w nich coś ulotnego, kwintesencja róży …?

  3. Joanna K napisał:

    Ma Pan rację – strasznie podobało mi się porównanie róż do mebli. W moim przypadku to zupełna prawda. Ja najpierw zakochałam się w antykach a później w różach historycznych. Wady róż starych jakoś schodzą na dalszy plan, gdy się myśli o nich jak o fragmencie czyjeś historii – tak samo z antykami. Trzyma się je z pasji i ciekawości a nie dlatego, że są praktyczne. Myślę, że po róże historyczne sięgają ludzie nieco sentymentalni, romantyczni, rozkochani w przeszłości. Róże są jak ludzie – odpowiadają naszym pasjom i charakterom, stąd jedni wybiorą odmiany współczesne inni historyczne i nie ma w tym nic złego.

Napisz komentarz