Uprawa róż w pojemnikach

No dobrze, to w takim razie porozmawiajmy o uprawie róż w pojemnikach. Ja , ze swej strony nie mam zbyt wiele do powiedzenia w tej materii, gdyż  praktycznie nie praktykuję tego sposobu uprawy.

Mam jedną pienną, Barbarę którą na sezon zakopuję w perforowanej donicy pośrodku klombu a na zimę chowam do garażu. Nadto jeszcze uprawiam  w 2 – 4 donicach drobnokwiatowe jak na ten przykład Lovely Fairy  czy Gigles . Te  z kolei na zimę  dołuję z donicami a gdy już bryła korzeniowa dobrze zwiąże, to przed dołowaniem wyjmuję je z donic. Dobrym miejscem na takie operacje jest ogród warzywny.Na wiosnę sadzę je ponownie do donic. Gdy rośliny się już zbytnio rozrosną w donicy, to po prostu sadzę je na rabacie a do donicy idą młodsze egzemplarze. Teraz mam jeszcze pod opieką Marszanilę od Pana T. Kurka. Posadziłem ją pod namiotem foliowym a na zimę, pędy położyłem na ziemi i okryłem stertą liści. Zobaczymy na wiosnę co ona na to powie.

Co do nawożenia:  stosuję miks obornika granulowanego i Osmocote. I to całe moje doświadczenie w tej materii.

Miejsce zostawiam więc czytelnikom.  Jak komentarzy pojawi się więcej , to pokuszę się o miks doświadczeń w formie artykułu.

Zapraszam, a na razie proponuję dwa obszerne wpisy czytelników traktujące o tym zagadnieniu.

Właśnie od jakiegoś czasu przymierzam się do podjęcia ,czy też zaproponowania tego tematu – uprawa róż w pojemnikach.Przyznam ,że ostatnio rzadko bywam na tym wspaniałym blogu i może przeoczyłam wpisy w tej sprawie.
Usiłuję uprawiać róże w donicach, z lepszym i gorszym skutkiem. Odmiany, które w gruncie, w naszym klimacie nie dają rady, bo albo przemarzają do tego stopnia, że reanimacja nie ma sensu, albo mają kwiaty zupełnie nieodporne na deszcz. Moje doświadczenia trwaja zbyt krótko, by wyciągnąć jakieś kategoryczne wnioski, ale mogę powiedzieć,że kilka odmian tak prowadzę, w dużych donicach ceramicznych ( do przenoszenia na zimowanie w zacisznym zaułku trzeba wezwać pomoc :) ) . I tak mam na przykład opartą o ścianę Elfe , rośnie w półcieniu ,przepiękne kremowo-seledynowe kwiaty nie mokną (jest daszek , czyli w sumie tragiczne miejsce dla róży, ale jej to pasuje ! ), łatwo owinąć na zimę . Róża wielokwiatowa o nieciekawej nazwie Lavaglut , po prostu czerwone szaleństwo przez całe lato ! Stoi przy komplecie wypoczynkowym i przyciąga wzrok .I mam kilka odmian bardzo mocno pachnących, ale są bezimienne niestety, kupione na dziko.
Nie wszystkie odmiany się nadają, są róże, które potrzebują większej przestrzeni życiowej i w donicach rosną słabo.
Plusy takiej uprawy- łatwiej kontrolować wszelakie robactwo i choroby, bo z taką różą ma się do czynienia codziennie , wystarczy wyjść na taras i już człowiek nie zniesie widoku mszyc na liściach.
Wady- oj, trzeba podlewać ! Tegoroczne lato było cudowne, ale co się nalatałam z konewkami, i w dodatku wymyśliłam sobie,że woda ma być odstana, w temperaturze pokojowej, więc było najpierw wypełnianie licznych konewek i wiader, potem czekanie na odstanie, na końcu podlewanie..
.Druga sprawa- nawożenie, w donicach to sie rozgrywa inaczej niż w glebie, trzeba wyczuć moment i nawozić częściej, ale lżejszym nawozem.
No i zimowanie ! Trzeba przetransportować ciężkie donice w zaciszny kącik, przy spadku temperatury poniżej zera, owinąć czymś donice (maty kokosowe są rewelacyjne, tylko drogie) zabezpieczyć glebę (np.korą ) i pędy ( w ostateczności narzuciłam koc )
Eksperymentuję dopiero od 3 czy 4 lat, ale mogę szczerze powiedzieć, że jestem zadowolona.
Oczywiście , co jakiś czas trzeba krzewy przesadzać do nowej ziemi , a czasem i większych donic , albo po prostu , jeśli ktoś nie jest dozgonnie przywiązany, ….wymienić.

Maja Zamroch

garaz stolik-ogrodowy-2

stolik-ogrodowy-1 Na tych fotografiach, które oglądamy dzięki uprzejmości Pana Tadeusza Kurka,  oglądamy róże w pojemnikach na jego posesji.

Ponieważ posiadam trochę róż, które nie wytrzymują naszych zim w gruncie, jak np. przysłowiowa już „Marszanila”, czy ‚Perle des Jardins’ oraz kilkanaście róż piennych, które z racji swojego pokroju są bardzo trudne do zimowego zabezpieczenia z nie mniejszym zaciekawieniem czekałem na rozwinięcie tematu. Niestety, albo nikogo ten temat nie interesuje, albo – po prostu – nie uprawia róż w pojemnikach.
Moja przygoda z tymi różami zaczęła się 20 lat temu, a jako pierwsze były pienne ‚Rosarium Uetersen’ i krzaczasta ‚Hokus – Pokus’. Wszystkie żyją, a niektóre nawet się powiększyły o dodatkowe odmiany na tym samym krzewie. Np. ta róża http://www.roses.webhost.pl/2008/03/rosarium-uetersen/, oprócz opisanego sporta w koronie, na dwóch nowych pędach kwitnie w połowie wysokości na biało (‚Schneewittchen’), a przy samej podstawie krzewu na czerwono (‚Munstead Wood’). „Marszanile” po kilkuletniej uprawie w pojemnikach „poszły” – jedna do autora tego bloga, a druga do Warszawskiego Ogrodu Botanicznego na 200-lecie istnienia, natomiast u mnie zostały dwie, zaokulizowane na wysokości 2 metrów i prowadzone kaskadowo. One też jako pierwsze, bo już w kwietniu, zapraszają zapachem i kolorem do odwiedzenia gospodarzy, jako że stoją przy wejściu do domu, a u ich podstawy kwitną bardzo podobne w kolorze i zapachu krzaczaste ‚Perle des Jardins’ i ‚Lady Hillingdon’. Opisanie całej karuzeli z różami w pojemnikach zajęłoby zbyt wiele miejsca, jako że jest ich u mnie, zarówno piennych jak i krzaczastych z miniaturami włącznie kilkadziesiąt. Stoją (oprócz dwóch wejść do domu) w najprzeróżniejszych miejscach jak np. miejsce ogniskowe, na ogodowym kamiennym „stoliku” ważącym chyba z półtorej tony i przy którym swobodnie może obiadować 12 osób, na wielu różnej wysokości dębowych pniakach.
Jak tylko któraś róża przekwita, to zaraz zastępuje ją inna i ta karuzela kolorów, kształtów i zapachów trwa całe lato, a na zimę całe to towarzystwo wędruje do garażu, w którym temperatura zimą wynosi ok.0 st. W tym roku dostały jeszcze do towarzystwa prawie 200 okulantów.
Serdecznie pozdrawiam i zachęcam wszystkich do uprawy róż w pojemnikach.

Tadeusz Kurek

Temat ten znajdziemy w wielu miejscach w necie,  podjął go  również na swoim blogu Pan Grzegorz Stypuła. https://rozaria.pl/blog/uprawa-roz-w-pojemnikach/

 

18 komentarzy do “Uprawa róż w pojemnikach”

  1. Agnieszka Wierzbicka napisał:

    Uprawa róż w donicach będzie się rozpowszechniać. Coraz częściej sami producenci w opisach odmian zaznaczają, które z nich nadają się do uprawy pojemnikowej. Jeżeli będzie miało to miejsce na balkonach i tarasach, to podstawowym problemem jest stosowanie pestycydów. Uważam, że warto zastanowić się nad ich wykluczeniem w takich uprawach. Na ogół rzadko jest możliwe uzgodnienie z innymi użytkownikami budynku, aby pozamykali okna na kilka godzin. Zazwyczaj są to stanowiska bardzo przewiewne(mniejsza kumulacja zarodników).Są już środki dopuszczone w uprawach ekologicznych, które ograniczają choroby. Polecam wczesnowiosenne zabiegi jak oczyszczanie ze starych liści,opryski miedzianem i po kilku dniach siarką z emulparem(1%-1,2%). Trzeba je wykonać na oczyszczone, pędy BEZLISTNE i w odpowiednio wysokich temperaturach otoczenia. W trakcie sezonu przędziorki, mszyce,mączliki spokojnie można ograniczyć emulparem, siltakiem czy SB Plantem. Zauważyłam, że populacje drobnych gąsiennic typu obnażacze, psowacze też są przez nie o dziwo jakoś redukowane.Opryski z nich najlepiej robić zapobiegawczo co jakiś czas.Dzięki temu nie trujemy siebie, sąsiadów i pszczół. Nawet środki nie zaliczane do pestycydów wymagają ochronnej maski i okularów. Pamiętajcie Państwo o tym i czytajcie ich etykiety. Stosujcie też stężenia w nich zalecane, bo ich przekroczenie może doprowadzić do podniszczenia liści lub kwiatów.

  2. Agnieszka Wierzbicka napisał:

    Podkreślę jeszcze, że połączenie siarki z emulparem możemy stosować tylko na pędy nie mające rozwiniętych liści. W trakcie sezonu absolutnie nie, bo spalimy liście. Warto jednak wczesną wiosną dodać do siarki emulpar, bo przy okazji niszczymy stadia larwalne szkodników.

  3. Kurek Tadeusz napisał:

    Byłbym wdzięczny za bardziej szczegółowy opis następujących określeń: „siarką z emulparem(1%-1,2%)” i „odpowiednio wysokich temperaturach otoczenia”.

  4. Agnieszka Wierzbicka napisał:

    „Siarką z emulparem”
    Opryki wczesnowiosenne róż, to najczęściej preparaty miedziowe. Jednak ich skuteczność wg. wielu fitopatologów nie obejmuje mączniaka prawdziwego. Dlatego tam, gdzie jest z nim problem stosuje się wczesnowiosenne opryski preparatami siarkowymi np. siarkolem. Wykonuję je w drugiej kolejności po miedzianie. W kwietniu i to jak już napęcznieją pąki z liśćmi. Ważne są wysokie temperatury, im wyższa, tym lepsza. Poniżej 15 st nie robię. Przynajmniej przez 4 godz.
    Nie może być wiatru, bo to opary siarki działają.W ekstremalnych sytuacjach(duża infekcja w poprzednim sezonie) narzucam folię, natychmiast po oprysku. Najpierw rozrabiam siarkol w osobnym naczynku. Wlewam do połowy docelowej objętości w opryskiwaczu. Zakęcam perfekcyjnie mieszam. Odkręcam, wlewam emulpar rozwodniony w innym naczynku. Zakręcam. Perfekcyjnie mieszam. Okręcam, dopełniam wodą do docelowej objętości.
    Zakręcam.Perfekcyjnie mieszam.Stężenie 3% siarkol i 1-1,2% emulpar. Zdarza mi sie przypalic liście, owszem, ale wolę mieć przypalone pierwsze liście niż mieć w maju mączniaka. Kolejne liście szybko je zamaskują.
    Można opryski zrobić rozłącznie, ale ja nie mam czasu. O temperaturach napiszę później.

  5. Kurek Tadeusz napisał:

    Bardzo, bardzo dziękuję. Bardzo pożyteczne wpisy. Najserdeczniej pozdrawiam!

  6. Agnieszka Wierzbicka napisał:

    Jeżeli mogę podzielić się doświadczeniem w zmniejszaniu udziału pestycydów bez utraty estetyki róż, to jestem zaszczycona.
    Nie dodałam jeszcze do oprysków z siarką, że im mniejsza wilgotność powietrza tym większe parowanie siarkolu a to właśnie jego opary redukują mączniaka.

  7. Maria Michałkiewicz napisał:

    Przyłączam się do podziękowań, bo to ważne żeby w ogóle ograniczać środki chemiczne; te przeciwgrzybicze w skojarzeniu ze środkami zwalczającymi szkodniki też trują pszczoły. Ja chciałabym też pochwalić Siltac, jako alternatywę dla tych ostatnich właśnie. Od zeszłego roku stosowałam Siltac, początkowo tylko w oranżerii, ale potem w sezonie także w ogrodzie. Działa, znacznie ogranicza mszyce i przędziorki, poza tym nie pozostawia żadnych widocznych osadów na liściach; po jego zastosowaniu wyglądaj nawet trochę jak po nabłyszczaczu, ale bez żadnych negatywnych skutków.

  8. Maria Michałkiewicz napisał:

    Co do zasadniczego tematu, też próbowałam uprawy w pojemnikach -całkiem dobrze niektóre okrywowe np Happy Chappy, przezimowała dwie zimy (łagodne) w donicy okrytej folią bąbelkową, potem znalazłam miejsce w gruncie. Najczęściej korzystam z donic jak kupię kilka nowych, których nie ma gdzie wsadzić; dołuję je na zimę w warzywniku a po roku czy dwóch coś karczuję (nie róże) i wtedy wsadzam je do ziemi :-). w tym roku chcę spróbować Cinco de Mayo, ale z zamiarem „na stałe w donicach”. Zimowanie w garażu u mnie się nie sprawdza -za ciepło, a w oranżerii cały czas rosną i potem coraz gorzej kwitną (Biedermayer -po 3 latach w donicy powędrował do gruntu i już kilka lat żyje, zimując pod solidnym kopcem. Pozdrawiam serdecznie, temat uprawy pojemnikowej jest ciekawy.

  9. Agnieszka Wierzbicka napisał:

    Odpowiednie temperatury i wilgotność powietrza podnoszą skuteczność oprysku. Substancje aktywne chemicznie najlepiej stosować przy wilgotności powyżej 60%. Nie zwracamy na to uwagi w ogrodzie, bo zazwyczaj tak jest. Na słonecznych tarasach i balkonach mamy suchsze powietrze. Nie rozumiem dlaczego na etykietach oprysku nie ma informacji o wilgotności i optymalnych temperaturach działania. One są różne dla różnych preparatów.

    Temperatury i brak opadów przy opryskach wczesnowiosennych mają pierwszorzędne znaczenie.
    Pędy muszą być idealnie suche, brak przymrozków nocą(co najmniej dobę przed), brak opadów po oprysku najdłużej jak się da, co najmniej dobę. Najlepiej kilka. Na czas przelotnego opadu, jak mały krzaczek można narzucić folię.
    Do oprysków preparatami miedziowymi średnia temperatura powinna być 6 st. W czasie wykonywania 8st (ostatecznie 6)i żeby nie schodziła poniżej przez 6 godzin. Jak jest wyższa to lepiej.Jeżeli stosujecie Państwo opryski preparatami oleju parafinowego, to miedziowe trzeba zrobić ok tydzień przed nimi. Jak były duże problemy z czarną plamistością warto dwukrotnie opryskać. Zwracamy uwagę, że producenci zalecają większe stężenie preparatów na opryski wczesnowiosenne. Przyznam, że bardzo się do tego zwiększenia stężeń przykładam. Trzeba perfekcyjnie pokryć wszystkie części pędów również od dołu. Lepiej zrobić wczesnowiosenny oprysk później niż się pośpieszyć. Od miedzi zaczynam, zazwyczaj jest to druga połowa marca, ale to temperatury decydują nie kalendarz.Oczywiście po odkopczykowaniu i cięciu wiosennym. Miedź nie powinna być wdychana podczas oprysku(maska!)

  10. Agnieszka Wierzbicka napisał:

    Wśród przedziorków mamy różne cykle rozwojowe. Stadia zimujące np. u sosnowca, to jaja na roślinie. Dlatego mają sens wczesnowiosenne opryski preparatami parafinowymi.Nas interesuje chmielowiec, bo to on sieje spustoszenie w różach donicowych.Zimuje pomarańczowa, zapłodniona samica,która przebywa w zaułkach kory lub pod liśćmi w glebie. Rozbudza się w temp. 12 st i dopiero wtedy zaczyna składanie jaj. Często mamy już wtedy młode liście, ale jest jej mało i szkód gołym okiem nie widzimy. Warto już wtedy rozpocząć opryski np.emulparem, siltakiem lub sb plantem. Profilaktycznie, bo wychodzi najtaniej. 1-2 razy w miesiącu(dwa w tygodniowych odstępach).Pamiętać należy o precyzji w robieniu stężeń. Są to preparaty fitotoksyczne, gdy jest za duże stężenie. Młode listki mają jeszcze delikatną kutykulę. Gdy oprysk za długo będzie zalegał na powierzchni liści może ją zniszczyć. Wilgotność powietrza w tych opryskach ma drugorzędne znaczenie. Najważniejsze to: absolutnie suche pędy, bezwietrzność,temperatura powyżej 15st i…pora dnia. To musi być DZIEŃ, bo w nocy przędziorki chowają się w skrytkach, oprysk do nich nie dociera! Z tego powodu producenci roślin opryski akarycydami zaczynają nad ranem. Na młode liście stężenie 0,08-0,09%. W miarę ich dojrzewania podnoszę do 0,1%. W sierpniu, wrześniu nawet 1,2%.Poszczególne odmiany reagują różnie, niestety trzeba sprawdzać. Np. ‚Oh Wow’ ma pofałdowane liście(dłuższy czas kontaktu cieczy roboczej z powierzchnią liścia?) i miałam wiosną(maj) fitotoks przy 0,1% siltakiem a w ‚Escimo’-nie. Te 3 preparaty ą dla mnie nieocenione, wręcz kamienie milowe w walce z przędziorkami.Im niższa wilgotność i wyższa temperatura tym większa inwazja przędziorka. Róże w donicach często są na tarasach, balkonach. Im wyższa ekspozycja(piętro) tym te parametry stają się bardziej korzystne dla szkodników. W niskich wilgotnościach standardowe akarycydy działają słabo. Instytut w Skierniewicach badał emulpar i siltak potwierdził ich skuteczność zbliżoną do standardowych akarycydów

  11. Agnieszka Wierzbicka napisał:

    Przepraszam wdał się wielki błąd jest:
    „Na młode liście stężenie 0,08-0,09%. W miarę ich dojrzewania podnoszę do 0,1%. W sierpniu, wrześniu nawet 1,2%”
    NIE 1,2% TYLKO 0,12%. Chodzi tu o siltak.
    Emulpar stosuje się w zakresie 0,9-1,2%.

    dlatego zawsze trzeba czytać etykiety:)))

  12. Agnieszka Wierzbicka napisał:

    Pani Mario, jeżeli ma Pani ogród, to donice z różami niech Pani na zimę dołuje. W sytuacji gdy to niemożliwe przy długotrwałych spadkach poniżej 10st mrozu należy zrobić obudowę ze styropianu(pamiętając o płycie też na dole)a przestrzeń między donicą a obudową wypełnić np. zdrowymi liśćmi. Jestem na Mazowszu i na tą zimę tego nie robiłam, bo nie ma dużych spadków a donice są drewniane. Podsypałam tylko ziemią a pienne otoczyłam włókniną dopiero miesiąc temu.Ciekawe czy przetrwają;)

  13. Kurek Tadeusz napisał:

    „Róża ‚La France’ w doniczce i w gruncie”.
    (pis. oryginalna, ale trochę długi wstęp pominąłem).

    ……. niemało pięknych róż przybywa do nas jeszcze z cieplejszych krajów, wiele pędzą w spacyalnie zbudowanych cieplarniach ale i na wsi przy staranności i dbałości można otrzymać w zimie piękne kwiaty róży, które na zapusty mogą ozdobić niejedną tualetę mieszkanek wsi pragnących się zastosować do tej wdzięcznej mody.
    (W odsyłaczu autorka pisze: „Na dowód tego mogę przytoczyć, że bawiąc przed kilkoma laty w Ciechanowskiem zauważyłam w okienkach chłopskich chałup róże kwitnące w zimie. Właściciel majątku, wielki lubownik kwiatów objaśnił mnie, że to są sadzonki otrzymane od niego i zakorzenione w doniczkach pod szklankami.”)
    Jedną z róż, najbardziej nadających się do pędzenia, jest jedna z starszych i znanych odmian „La France”, która starannie zasilana i odpowiednio cięta, daje od połowy stycznia do końca maja, prawie bez przerwy, kwiaty zwykle większe i piękniejsze od letnich. Czyż potrzeba szczegółowiej opisywać tę odmianę? któż nie zna jej srebrzysto różowych płatków, których zewnętrzna strona mocniejszym cieniem się odznacza? któż nie widział i nie podziwiał jej pięknego układu, lekkości odwiniętych listków i niepospolitej wielkości? Dla otrzymania tych kwiatów nie koniecznie potrzebną jest cieplarnia, owszem, równie pięknie mogą się one rozwinąć przy słonecznym oknie południowego pokoju.
    Do pędzenia w zimie, nadają się najlepiej róże krzaczaste, otrzymane ze szczepienia lub z sadzonek, szczepione rozwijają się nieco wcześniej i bogaciej kwitną. Gdy nadejdzie pora zwykłego zaopatrywania róż na zimę, wyjmujemy takowe starannie z gruntu, i sadzimy w odpowiednio dużych wazonach lub kubełkach drewnianych, unikając obcinania lub nadłamywania korzeni. Posadziwszy, przycinamy krzaczek w ten sposób: że silne pędy skracamy aż do 3-4 oczek, słabsze do jednego lub dwóch, wreszcie najcieńsze wycina się zupełnie; po przesadzeniu polewa się różę jednorazowo bardzo silnie dla zaszlamowania, potem parokrotnie w odstępach kilkodniowych coraz słabiej, wreszcie po upływie dwóch tygodni zaprzestajemy zupełnie podlewania i pozostawiamy różę w spokoju, bądź w piwnicy, bądź w chłodnym pokoju. Przez następny miesiąc opieka nasza ogranicza się na zaglądaniu od czasu do czasu do naszych róż, dla przekonania się czy pędy się nie kurczą; gdyby to miało miejsce, należałoby różę podlać, w ogóle jednak lepiej być oszczędnym z wodą, aby róże miały czas wypocząć i zebrać siły potrzebne do przyśpieszonego kwitnienia.
    W czasie tego wypoczynku, róże powinny zrucić wszystkie liście; możemy im w tem dopomódz obcinając po kilka liści codzień, lecz w żadnym razie obłamywać ich nie należy. Silne róże odmiany „La France”, po miesiącu, a najdalej po 6-u tygodniach są już zdatne do pędzenia. Oczka ich już pod koniec grudnia zaczynają nabrzmiewać; gdy to nastąpi, przenosimy róże do cieplejszego pokoju, stawiamy je przy samem oknie w jaknajlepszem świetle, ziemię w doniczkach nakrywamy cienką warstwą świeżego nawozu obornika i podlewamy doniczki najprzód potrochu wystałą w pokoju miękką wodą, potem coraz częściej i obficiej w miarę wysychania ziemi, a wreszcie gdy się ukażą pączki, stawiamy donice na podstawkach i podlewamy codziennie. Ponieważ nawóz którym nakryta jest ziemia po 10 dniach zwykle twardnieje i zsycha się, trzeba go więc za pomocą patyczka lub pazurków żelaznych starannie rozkruszyć, aby ziemia pod nim nie zakwaśniała, przy czem miesza się go z wierznią warstwą ziemi, uważając, aby korzeni nie nadwerężyć. Obłożenie nawozem można z dobrym skutkiem dwa lub trzy razy w ciągu zimy powtórzyć; zalecam tu obornik, a nie nawozy sztuczne, gdyż piszę specyalnie dla mieszkańców wsi, a tam zawsze z łatwością można mieć obornik.
    U mnie „La France” w ten sposób traktowana, zakwita z łatwością w końcu stycznia; z początku ukazują się kwiaty pojedyńczo, już w lutym rozwija się na krzaku jednocześnie parę, a w kwietniu i maju krzaki różane wyglądają jak bukiety najpiękniej rozwiniętych i wykształconych kwiatów, pysznie odbijających od ciemnej zieleni błyszczących i bujnych liści.
    Z kwiatów tych, z dodatkiem kilku gałązek paproci, można ułożyć prześliczne wiązanki, ładnie też przedstawiają się na palmowym wachlarzu, szczególniej w połączeniu z wdzięcznymi serduszkami Dielytry, którą też z powodzeniem w zimie pędziłam bez żadnego kłopotu, oprócz posadzenia w doniczce i umiarkowanego podlewania.
    W drugiej połowie maja zimowe kwitnienie możemy uważać jako ukończone; gdyby róże miały jeszcze pączki, co zwykle ma miejsce, trzeba je obciąć, przystępując do wiosennego cięcia, które powinno być równie staranne jak zimowe; róże przycięte umieszczamy razem z doniczkami w cienistem miejscu w ogrodzie, gdzie zwolna przyzwyczajają się do silnego światła, którego przy najlepszych nawet warunkach w pokoju mieć nie mogły. W pierwszych dniach czerwca można już zwykle do gruntu je przesadzić. Wybieramy na tę czynność dzień pochmurny i umieszczamy róże wyjęte z doniczek na zagonie lub kląbiku z dobrą pulchną ziemią; pożądane jest aby wybrane zostało miejsce, na którem przez kilka lat róż nie było, gdyby zaś z pewnych względów trzeba było sadzić róże po różach, cała ziemia powinna być zastąpiona świeżą.
    Nasze róże zwykle szybko się zakorzeniają w gruncie, dobrze jest jednak dla wzmocnienia ich przez jakiś czas nie dopuszczać do zakwitnięcia, w tym celu aż do końca lipca trzeba wyłamywać pączki, skoro się tylko pokażą.
    Gdy róże okryją się bujnemi liśćmi, trzeba je zacząć nawozić, aby odzyskały kompletnie siły stracone w czasie zimowego pędzenia.
    U mnie wszystkie róże dostają następujący zasiłek: jednego tygodnia mydliny, drugiego przefermentowana gnojówka, rozrzedzona wodą, trzeciego krew bydlęca, którą sprowadzam z sąsiedniego miasteczka (1 część krwi na 50 części wody), wreszcie dwa razy w ciągu lata róże otrzymują ściółkę, czyli wyłożenie ziemi świeżym obornikiem, który się po zeschnięciu rozdrabnia za pomocą motyczki i łączy z ziemią, tworząc warstwę pulchną i pożywną. Ściółka jest nieocenioną szczególniej w latach suchych i upalnych jak tegoroczne, gdyż zapobiega zbytniemu wyschnięciu ziemi.
    Nawożenie rozpoczyna się zwykle w połowie lipca, a kończy 1 września, w ten sposób każdy z nawozów płynnych dwa razy jest dany.
    Pędy uzyskane z wiosennego cięcia nadają się doskonale do rozmnożenia róż. Gałązki te pocięte na trzy lub 4 oczka posadzone w piasku w ciepłym inspekcie i zacienione, zakorzeniają się wkrótce i tejże jesieni nieraz okrywają się pączkami, które jednak lepiej usunąć, aby następnego roku otrzymać piękne krzaki, zdatne do pędzenia.
    Oprócz róży „La France”, która w doniczce jak to już wspominałam rozwija piękniejsze jeszcze kwiaty, niż w gruncie i kwitnie tak długo, że przewyższa w tym względzie róże miesięczne, nadają się jeszcze do pędzenia w pokoju następujące róże: Duchesse Marie Salviati, M-lle Francisca Kruger, Homere, Marechal Niel, Niphetos (która w gruncie rzadko przetrzymuje zimę, a w doniczce doskonale), Souvenir de la Malmaison, śliczna róża mchowa Eugenie Guinoisseau, Gloire de Dijon, Souvenir d’un Ami, Jules Margottin, Mistress Bosanquet, Anna Alexieef, – wreszcie wiele innych powtarzających róż krzaczastych może kwitnąć w zimie w pokoju, trzeba tylko wybrać do pędzenia młode, a silne egzemplarze. M. Karczewska

  14. Kurek Tadeusz napisał:

    Bardzo przepraszam, ale jak spojrzałem jeszcze raz na ten wpis, to się okazało, że „obcinając” trochę długi wstęp, obciąłem i źródło pochodzenia tekstu. Tekst pochodzi z dwutygodnika „Ogrodnik Polski” z 1895 r.

  15. Agnieszka Wierzbicka napisał:

    Panie Tadeuszu, chylę czoła za ten tekst. Odkrywa Pan nasze dziedzictwo narodowe w agrotechnice i języku. Co za polszczyzna!
    „Wielki lubownik kwiatów” dołączam do mojego słownictwa. Zabiegi agrotechniczne są nadzwyczajnie ciekawe. Serdecznie dziękuje i pozdrawiam.

  16. Kurek Tadeusz napisał:

    Proszę spojrzeć na zdjęcie mojego garażu powyżej i spróbować sobie wyobrazić moje samopoczucie.
    I ‚La France’, i ‚Perle des jardins’, i ‚Lady Hillingdon’, i ‚Marechal Niel’ dwie pienne i kilka krzaczastych oraz wiele innych piękności zamiast być w pełni kwitnienia, to one biedne stoją w tej ciemnicy i czekają na mnie.
    Zakwitną najwcześniej w kwietniu albo w maju.

  17. Agnieszka Wierzbicka napisał:

    Zazdroszczę:))Od ilu sezonów uprawia Pan róże w pojemnikach? 20?
    Czy zauważył Pan jakieś ich choroby, będące następstwem „garażowania” w czasie zimy? Zastanawiam się, czy ma Pan większe kłopoty ze szkodnikami. Kiedyś spotkałam się z opinią, że róże zimowane w pomieszczeniach/szklarni są bardziej podatne na mączniaka rzekomego. Czy Pan to potwierdza?

  18. Kurek Tadeusz napisał:

    Historia z przechowywaniem roślin w garażu zaczęła się od różanecznika z grupy williamsianum ‚Gartendirektor Rieger’. Ponieważ jest trochę wrażliwy na nasze warunki zimowe, to zimę spędzał w garażu, ale jak zakwitał w maju to … klękajcie narody, a w garażu zimował znakomicie. Ten na zdjęciu to jest 3-letni młodziak, bo poprzedni – niewiele mniejszy ode mnie – poszedł do przyjaciół. Zaraz później przybyły od Pana Aleksandra Michlewicza trzy pienne ‚Rosarium Uetersen’, więc za przykładem różanecznika zimę też spędziły w garażu i okazał się to znakomity pomysł. Była to druga połowa lat 90-ych ubiegłego wieku czyli już ponad 20 lat temu.
    Zimowanie w garażu (temp. od 0 do kilku stopni) w niczym roślinom nie szkodzi, a powiedziałbym nawet, że są z tego bardzo zadowolone.:-)
    Działka moja jest w środku lasu i jeżeli chodzi o mączniaka, to w dużej mierze zależy od jego nasilenia w lesie – głównie dęby, więc czasem łapią tę zarazę, ale powiedziałbym, że jest to „w granicach normy”. To samo dotyczy szkodników. Mszyce pojawiają się, ale nie w jakichś ogromnych ilościach, inne szkodniki również poza kruszczycą. Ta potrafi w czerwcu zniszczyć wiele kwiatów białych, a szczególnie żółtych. Do ulubionych należą kwiaty jarzębiny, hortensji, różaneczników (azalii nie ruszają), a z róż najbardziej im smakują wszystkie żółte i białe.
    Więcej możemy pogadać na priv: t.kurek@onet.pl.

Napisz komentarz