Anegdoty o rosarianach i ich różach

Artykuł ten, jest poprawioną wersją wykładu jaki wygłosiłem na Rosaliach 2018 w ogrodzie Botanicznym Powsin.

Po pewnym namyśle uznałem, że jako wstęp do lektury naszych facecji  doskonale posłużyć może przygoda jaką spotkała    Petera Kukielskiego, kuratora ogrodu Peggy Rockefeler Rose Garden w Nowym Yorku. Anegdota ta , świetnie opisuje nam filozofię ogrodu, tak jak rozumie ją sam Kukielski, ale jest ona bliska również mnie.Opowiada sam Kukielski:

” W roku 2007, po intensywnej renowacji, Peggy Rockefeler Rose Garden został ponownie otwarty dla publiczności. rozpoczęło się pierwsze kwitnienie…Byłem w ogrodzie i rozmawiałem z kilkoma odwiedzającymi, kiedy podeszła do mnie młoda dama. Przywitałem się z nią.
Gdzie jest Eva? spytała ostro, z niespodziewaną stanowczością i niecierpliwością.
Założę się, że ma Pani na imię Eva, replikowałem.
Tak, ale ja wciąż czekam na odpowiedź.
Domyślam się, że jesteś tu, by zobaczyć swoją różę… to tu proszę…
Bez wahania ruszyła szybkim krokiem w stronę sekcji ogrodu przeznaczonej dla mieszańców piżmowych, gdzie Eva właśnie pięknie kwitła. Eva, /ta odwiedzająca / następnie ruszyła z powrotem w kierunku wyjścia tak szybko, jak przyszła , ale na odchodne powiedziała:
Dziękuję Ci , ta róża wygląda dobrze. Wrócę ponownie za rok i … wskazując palcem na mnie powiedziała – upewnię się, czy dobrze się nią opiekujesz.
Och, będę się starał ! Powiedziałem, prawie bojąc się o swe życie i zobowiązując się do osobistej ochrony symbolicznej kwiecistej radości tej pani.
Otrzymawszy bezpośrednie rozkazy od jednej, małej energicznej jak dynamo Evy, stanąłem jak wryty na ścieżce aby to zdarzenie przemyśleć. Nie zdawałem sobie jeszcze z tego sprawy, jak rozmowa ta zmieni mnie na resztę w moich dni. W tej chwili stało się zupełnie jasne, że powinienem o ogród ten dbać jak o swój własny a może i bardziej, bo każdy ma tu swoją Evę. Obserwowałem, jak do ogrodu przybywa gość po gościu, i zdałem sobie sprawę z tego, że biorę odpowiedzialność za to , że oni przybywając czerpią ogromną radość z tej publicznej przestrzeni, za tą jedną czy dwie róże, które uważają w tym momencie za swoją. Stąd też i lekcja dla kuratora: Eva i pozostałe 600 z odmian , które mam pod swą opieką muszą być tak dobrze zadbane, aby cieszyć wszystkich odwiedzających bez wyjątku.” Zaczerpnąłem ją z książki The Suinstable Rose Garden .
Zapewnienie właściwej opieki różom nie jest rzeczą prostą a przekonał się o tym każdy rosomanes, który na stosunkowo niewielkiej przestrzeni zgromadził większą ilość jednorodnych kultywarów.Nie każdy bowiem ma tyle szczęścia co maestro Pernet Ducher, którego w latach dwudziestych ubiegłego wieku odwiedził amerykański rosarianin  J.H. Nicolas. Panowie w ożywionej dyskusji poruszali – jak to się mówi -  problemy interesujące obie strony nie szczędząc sobie wzajem pochwał i komplementów. Ale jako, że nie tylko Polacy lubią sobie ponarzekać, Nicolas zagadnął Maestra, jak też sobie radzi z tym utrapieniem rosomanes , jaką niewątpliwie jest czarna plamistość. Maestro sprawiał wrażenie zaskoczonego, jak gdyby nie za bardzo wiedział o czym Nicolas mówi. Nicolas postanowił sprawę przedstawić obrazowo. Jednakże dopiero po dłuższych poszukiwaniach znalazł się jeden nędzny listeczek zainfekowany ponad wszelką wątpliwość przez czarną plamistość. Nicolas tłumaczył to potem na różne sposoby. W tym unikalną formą nawożenia róż jaką stosował Pernet Ducher. Skłonny był też przypisywać tą zadziwiającą odpodporność róż Perneta na czarną plamistość -  stanowisku na jakim rosły jego róże,. Dziś już wiemy, że był to skutek działania przemysłowej atmosfery Lyonu, która nasycona ponad wszelka miarę związkami siarki była niejako naturalnym – jeżeli tu można mówić o naturalności – naturalnym fungicydem.Miało to i inne konsekwencje. Jak wiemy Pernet jest odpowiedzialny za zaimplementowanie podatności róż na to choróbsko poprzez persianę. Nieświadom tego co czyni, usilnie pracował nad mieszańcami z tą różą. I odmiany przez niego wyhodowane pyszniły się urodą w warunkach miejscowych zdobywając nagrody i podziw rosomanes. Jeno Anglicy pozostawali nieczuli na uroki mieszańców pernetowskich. Maestro tłumaczył  sobie ich rezerwę zwykłą , ludzką zawiścią. Niezbyt wierząc , że jego róże w trudnych warunkach Anglii po prostu zamierały z reguły nie przeżywając nawet pierwszej zimy.

Hodowcy w ogóle, nie tylko dzisiaj, musieli mierzyć się z problemami , których pokonanie onegdaj dla nich było niejednokroć wyzwaniem na miarę całego życia.
Jean Pierre Vibert to był chłop na schwał. Tęgi żołnierz i kawalerzysta u Napoleona. Gdy został ranny wrócił do cywila i po pewnych drobnych perypetiach zajął się różami. Wykupił między innymi kolekcję wielu tysięcy odmian od Descemeta, którego polityczne wichry wygoniły z ojczyzny i kazały szukać miejsca w świecie. Jak wiemy oparł się dopiero w Odessie gdzie to zajął się zakładaniem ogrodów miejskich. Jego kolekcja znalazła się w rękach jako to rzekliśmy Viberta, który z powodzeniem i sukcesami ją pomnażał. Ale możliwości gleby szybko się wyczerpywały i Vibert musiał się przenieść w stronę Anju gdzie w ślad za nim zaczął się bujnie rozwijać przemysł różany. Jednak pędraki / bo o nich tu mowa/  i tu nie dały mu spokoju i w rezultacie wylądował   w Chenneviere gdzie mieszkał przez czternaście lat, aż do 1827 roku. Swoje szkółki przenosił kilkakrotnie. W roku 1827 po ataku pędraków do St. Denis, potem do Longjumeau i w roku 1839 do Angers, gdzie szefem ogrodników był u niego Robert, który po wycofaniu się mistrza na zasłużony odpoczynek przejął po nim jego dorobek, który zaczął wprowadzać różne swoje odmiany . Pierwszą z nich była Georges Vibert, wyhodowana przez niego w 1853 roku,a  nazwana na cześć wnuka swojego mistrza i poprzednika. To właśnie temu wnukowi Vibert, jesienią swojego życia, wyznał:
„Widzisz, maleństwo, człowiek tak naprawdę nie wie, co kochał najbardziej na ziemi, ale wie co pozostaje w jego sercu w jego ostatnich dniach. Ja, jak wszyscy inni, myśleliśmy, że uwielbiam i nienawidzę wielu ludzi i wiele rzeczy! Prawdę mówiąc, kochałem tylko Napoleona i róże. Dzisiaj, po prawie stuleciu rewolty przeciwko wszystkim niesprawiedliwościom, które widziałem i wszystkim cierpieniom, które przeszedłem, pozostały mi tylko dwie głębokie nienawiści: jedna dla tych, którzy zdradzili mojego cesarza i drugą do białych robaków , które niszczyły moje róże ”

I w zasadzie dobrze, że Vibert miał jasno i dobrze zdefiniowanego przeciwnika. Gorzej gdy zdarzy się tak jak przytrafiło się Lambertowi, który nie widząc większych kłopotów- a trzeba tu powiedzieć , że wiodło mu się doskonale – czepił się swojego podówczas pracownika, znanego nam np. z wyhodowania rewelacyjnej Gruss an Aachen, Wilhelma Hinnera. Peter Lambert, który był pracodawcą Hinnera prawdopodobnie w latach 1897-1900, potem miał bardzo napięte stosunki z Hinnerem. W liście do profesora Ewalda Gnaua, ówczesnego przewodniczącego VdR, z dnia 18.12.1926 r., Skarży się on na nigo zarzucając mu nielojalność i niestosowanie się ściśle do poleceń. Nadto, że pisząc artykuły do Gartenwelt miał manierę nazywania się hodowcą róż, co rzeczywiście w odniesieniu do róż wywodzących się od Lamberta, mogło wywoływać co najmniej dwuznaczne skojarzenia. Nic więc dziwnego, że skończyło się to procesem sądowym. J.H. Nicolas w swojej A Rose Odyssey, wspomina  o procesie jaki wytoczył mu kolega rosarianin z Trewiru a mianowicie Peter Lambert , że Wilhelm Hinner będąc pracownikiem Lamberta, rzekomo skradł mu siewkę róży i próbował zarejestrować jako swoją. Lambert ten proces przegrał i Hinner z tej radości ową sporną siewkę nazwał Pharisaer co z niemieckiego nie znaczy bynajmniej Paryżanin a faryzeusz, hipokryta. Trzeba przyznać, że miał specyficzne poczucie humoru.

Szukając materiałów nadających się do tworzenia biogramów poszczególnych rosarian mogę powiedzieć, że najwięcej pikantnych historii da się przypisać Samuelowi IV McGredyemu. Pozwolę sobie tu przytoczyć dwie historie wiążące się ściśle z nazewnictwem jego róż. Mam tu na myśli małą u nas znaną odmianę Garvey. Nazwa tej róży to jednocześnie nazwa marki Sherry Bodegas at Jerez.Firma i winnica Jerez de la Frontera położona obok miast Bodega, założona została przez arystokratę Irlandzkiego Eilliama Garveya, który przyjechał do Hiszpanii z zamiarem hodowli owiec, a skończyło się importem wina do Anglii. W książce, ” a Family of Roses” którą Samuel Darragh McGredy IV napisał w roku 1971, napotkamy na stronie 94 takie wspomnienie:

„Róża, ta dała mi możliwość spędzić wspaniale czas z powodu nazwy, którą dla niej wybrałem, była to Garvey, którą wypuściłem na rynek w 1960 roku. Była to róża zaczynająca kwitnienie od brzoskwiniowego różu, zanikającego w kierunku bogatego łososia. Chciałem w ten sposób uhonorować doskonałą sherry, którą produkuje Garvey Sociedad Anonime, i mój dobry irlandzki przyjaciel i agent Garvey – Jack McCabe. Dyrektorzy firmy byli tak zadowoleni z tego, że zainwestowali we mnie odznakę Honorowego Capataza z Bodegas San Patricio, to znaczy, że zrobili ze mnie honorowego mistrza, który to uważają za jedno z wielkich wyróżnień. W tym samym czasie przyznali także honor właśnie Jackowi McCabe i Dr. Richardowi Haywardowi, irlandzkiemu autorowi. Byłem zachwycony – ale byłem też wielce zaskoczony, gdy dodali, że mogę podróżować w dowolne miejsce Hiszpanii kosztem Garveya. Myślałem, że żartują, ale nie, byli bardzo poważni. Powiedziałem, że było by wspaniale, że wiosną zamierzam przybyć do Hiszpanii na Madrit Trial Garden, i że chciałbym mieć samochód, ale nie muszą płacić rachunków za hotel. Nie ma sprawy – odpowiedziano, tak zostanie uczynione. Nigdy nie spotkałem większej uprzejmości i hojności.”
Niels Poulsen i Jan Spek i ja, od dawna mieliśmy taki zwyczaj, że spotykaliśmy się się raz w roku podczas jakiegoś jednego ważnego wydarzenia, które wybieraliśmy po kolei. Zadzwoniłem więc do Nielsa w Danii i Jana w Holandii i powiedziałem, że tym razem pojedziemy do Madrytu i wyjaśniłem dlaczego. Nie mogli w to uwierzyć, ale kiedy dotarliśmy na lotnisko w Madrycie, czekał już na nas angielski szofer Mike, z dużym samochodem Plumouth. Woził nas wszędzie, gdzie tylko chcieliśmy przez cały nasz pobyt. Ach! Szanowny Panie Mc Gredy, ty jesteś naszym honorowym Capataz jest nam bardzo miło widzieć Pana.I wszędzie były butelki sherry. Nigdy nie widziałem tak dużo sherry i na pewno nigdy nie wypiłem jej tak dużo w tak krótkim czasie. Kiedy wyszliśmy rano, Niels an Jan obserwowali z daleka, gdy poszedłem zapłacić rachunek w recepcji hotelu. Nadal myśleli, że to co mówiłem o Garvey i capatazie to czyste łgarstwo z mojej strony i chcieli zobaczyć, jak będę płacił . Ale nie – hotel nie pozwolił mi za nic zapłacić. Byłem wszak honorowym capatazem Garveya i to było to. Niech będzie błogosławione imię Garveya i niech ich wspaniała sherry rozkwita.”

McGredy, Niels Poulsen i Jan Spek stanowili nierozłączną trójkę przyjaciół przez długie lata. Czasem wyglądało to komicznie bowiem McGredy był słusznego wzrostu, kostycznym Anglikiem, Poulsen również był niczego sobie a nadto odznaczał się słuszną tuszą, natomiast Jan Spek mierzył niewiele ponad 150 cm wzrostu.Nie przeszkadzało im to być nierozłączną grupą przyjaciół.

Ta głęboka przyjaźń pozwalała McGredyemu na dość niewybredne żarty pod jego adresem.Na przykład: Dlaczego Jan Spek tak bardzo lubi miniaturowe róże? Bo inne byłyby dla niego za wysokie. Ale jednocześnie potrafi powiedzieć: Komplement od Jana , znaczy dla mnie tyle co zloty medal.

Inny przykład anegdot Mc Gredy’ego, to Rose Tralee. Tralee, to miejscowość położona w Północnej Irlandii, licząca około 20 tysięcy mieszkańców w hrabstwie Kerry.Odbywa się tam od roku 1950 doroczny festival na którym jednym z ważnych punktów programu jest wybór miss zwanej Różą z Tralee. Nawiązuje on do znanej piosenki ludowej do słów poety Williama Mulchinocka/ zmarł w roku 1864/ , który kochał się w pięknej Mary O’Connor z Tralee znanej jako Róża z Tralee. McGredy był bardzo zadowolony z tego iż wpadł na pomysł by nazwać tak jedną ze swoich róż i bardzo się dziwił, że nikt przed nim nie wpadł na ten pomysł. Ale oddajmy teraz głos Samowi McGredy:
„By nazwać jedną z róż – Rose Tralee, podpowiedział mi mój menadżer Bob Aylwin. Tak więc Ja, moja żona Maureen i Bob wybraliśmy się na najbliższy festiwal. Rozpoczyna się on się wielką paradą od portu lotniczego Shanon około osiemdziesięciu kilometrów, szliśmy tą trasą zatrzymując się przy niemal każdym barze po drodze, a przynajmniej tak się mi wydaje z perspektywy czasu. Bob zajmował się z różami i zanim na dobre zaczęliśmy, wbił sobie w palec kolec róży. W drodze do Tralee palec zaczął mocno pulsować i nabrzmiewać, i wraz z upływem dnia było coraz gorzej . Ktoś więc został wysłany z wyprzedzeniem do następnego miasteczka poprosić lekarza, aby był gotowy do leczenia go. Kiedy tam dotarł, lekarz zabrał Boba do pokoju w pubie, napełnił strzykawkę z fiolki i nakazał Bobowi zdjąć spodnie i wbił mu igłę w plecy. Z jakiegoś powodu Bob podniósł pustą fiolkę i włożył ją do kieszeni. Co jestem ci winien? – spytał Bob. Lekarz powiedział, że Bob może zejść na dół i kupić mu drinka i to wszystko, co byłoby konieczne. Bob już się czuł lepiej gdy dołączył do parady i gdy opuściliśmy miasto, ból zniknął bez śladu, zaczął więc zastanawiać się, jaką to magiczną substancję mu wstrzyknięto. Wyjął fiolkę z kieszeni i spojrzał na etykietę. Powiedział: Próbka niekomercyjna – nie stosować po 1952 r.
I tak oto przeszliśmy od facecji o hodowcach do facecji o nazwach ich róż. Czasem będą to zdarzenia krótkie jak błyśnięcie, mignięcie myśli jak w przypadku róży Just Joey. Peter Harkness w Modern Garden Roses tak opisuje historię powstania nazwy tej róży „…hodowca Roger Pawsey, chciał nazwać tą różę imieniem swojej żony Joanny, którą w skrócie nazywano Joey, ale Joey Pawsey w angielskim nie brzmi dobrze, byłoby to coś jak ‚skręcony język’. i tu do akcji wkroczył ojciec Rogera , który zasugerował: to w takim razie nazwijmy tą różę Just Joey(poprostu Joey). I tak zostało…”
Czasem do zwykłej, zwyczajnej nazwy , która nie niesie ze sobą jakichś niezwykłych konotacji, życie dopisuje zabawną bądź też nieoczekiwaną pointę. Opowiada J.H.Nicolas w swojej A Rose Odysey:”Podczas pierwszej wojny światowej, kiedy był mały popyt na krzewy róży, Sam II miał wystarczająco dużo czasu na eksperymenty i zrobił wiele interesujących eksperymentów hodowlanych. W 1933 roku znalazłem ciekawy sport od Margaret McGredy. Liście mocno przypominały rugosa ale rośliny miały również cechy R. cinnamomea, pędy miała prawie bezkolcowe, podobnie jak cinnamomea. Wspomniałem o tym fakcie Samuelowi III, kiedy odwiedziłem go w roku 1934. Sam nie udzielił mi żadnych wskazówek, ale jego szwagier Walter I Johnston w pewnym momencie oświadczył, że Samuel II wykonał wiele prac z tym gatunkiem. Wzięliśmy się na wertowanie zapisków. U McGredych jest bowiem pokaźna biblioteka a w niej wiele tomów notatek. Jeden tom notatek na każdy rok pracy. I rzeczywiście, znalazły się w linii przodków Margaret McGredy i rugosa i cinnamomea . Tym samym potwierdzony został fakt, że sport może uwydatnić tylko te cechy , które są zawarte w danej odmianie.” Na kolejnych stronach podaje Nicolas inną opowieść , tym razem dotyczącą samej nazwy róży. ” Kiedy przyszło nam wprowadzić do obrotu handlowego tę odmianę, opisałem ją następująco: Nie znam Margaret, po której nosi imię, ale przypuszczam, że jest to zdrowa irlandzka lassie/młoda dziewczyna/ , ze złotymi włosami i czerwonymi policzkami. Oczywiste nawiązanie do karminowego koloru płatków i ciężkiej kępy żółtych pręcików w środku kwiatu. W czasie moich odwiedzin u rodziny McGredych w roku 1934 o której to już wspominałem, Sam McGredy III, nawiązując do tego opisu, stwierdził, że tego wieczoru będę miał możność poznać Margaret McGredy. Rzeczywiście zostałem przedstawiony matce Sama. Okazało się, że była to około 80 letnia dama, która powiedziała : Jestem Margaret McGredy. Czy pasuję do twojego opisu? Na pewno jesteście w tym samym wieku – odparłem.”

Bardzo interesująco o tej róży pisze również Jack Harkness, kolega ale i jednocześnie konkurent po fachu. ” W 1 927 roku, firma McGredy wprowadziła wysoce charakterystyczną różę, wyróżniającą się pięknymi liśćmi niezwykłej tekstury i formy. Mimo złotego medalu na jesiennym pokazie w Londynie w 1925 r., różą ta nigdy nie stała się szczególnie popularna, chociaż McGredy dał z siebie wszystko opisując jej specyficzną kolorystykę. To nie był ulubiony kolor ówczesnych rosomanes, nie jest ani wystarczająco jasny, ani odważny. Najbardziej charakterystyczna część Margaret McGredy ” to jej liście. Były one bardzo charakterystyczne a w Rose Annual 1926 odmiana ta opisana została jako „całkiem nowa myśl hybrydyzerska i choć niewątpliwie pochodzi z Pernetian,to ich wady zostały całkowicie wyeliminowane. Szkoda, że ??”Margaret McGredy” jest jedną z nielicznych róż McGredy, które ukazały się z nieznanym rodzicielstwem. Tymczasem wpływ jej liści rozchodzi się po całym świecie, ponieważ F.Meilland użył tej róży w hodowli Peace, a oko instruuje nas, że piękne liście Peace wiele zawdzięczają „Margaret McGredy”. „Roses” strona 86. Wydawało by się , że J.H Nicolas we wspomnianej już „Rose Odyssey „rzetelnie wyjaśnił skąd się wzięły zdrowe, ładne liście u Margaret MC Gredy. To wpływ rugosy. Jednak, Jack Harkness dalej deliberuje o jakimś tajemniczym wpływie. Czyżby nie czytał Nicolasa? Wydaje się to mało prawdopodobne.

Wspomniałem wcześniej o Nielsie Poulsenie. Niels Poulsen, był bardzo zaprzyjaźniony z rodziną McGredych/ był nawet chrzestnym Samuela IV/ miał usposobienie niepohamowanego kawalarza. To właśnie Samuel IV mający z nim najwięcej styczności w swojej książce A Family of Roses – dedykowanej zresztą Nielsowi Poulsenowi – opisuje ten nieokiełznany temperament Nielsa. A to witając go w Danii, na dzień dobry postanowił sprawdzić jak mocną ma głowę. Samuel chwalił się potem, że egzamin zdał/cóż zresztą miał napisać!/ a to wyciągnął go wraz ze swoim szwagrem na ekstremalne igraszki w wodzie . Innym razem przywitał go w towarzystwie podejrzanie zabawnych panienek lub przywitał go z bukietem niebieskich róż – oczywiście pieczołowicie zabarwionych parkerowskim atramentem. Zapewne była to aluzja do zdarzenia jakie miało miejsce w okresie międzywojennym gdy to ojciec Sama IV znalazł prawie dosłownie niebieski sport i nawet namnożył sporo egzemplarzy. Jednakże senior Sam II cały ten zapas kazał zniszczyć. Wszak nie ma niebieskich róż a takie dziwadło psuło by tylko idealny kanon piękna róży.

Życie potrafi też dopisywać nieprawdopodobne konteksty obyczajowe lub historyczne.Przykładem takiego kontekstu obyczajowego będzie nazwa jednej z róż McGredyego – Mischief. Innym przykładem niech tu będzie róża którą nazwałem Mitchief/ dodajmy , że z angielska, to łobuz, psotnik – przyp. mój/. Życie potrafi płatać najróżniejsze figle. Otóż przygotowując wystawę RNRS w roku 1961, zobaczyłem, że obserwuje mnie jeden z prezydentów stowarzyszenia, Major-General R.F.B. Naylor. Podszedł do mnie i spytał: Dlaczego do tej pory nie nazwał Pan róży Mitchief? Kupiłem tę sugestię od razu. Dopiero później odkryłem, że to imię jego psa .”
Przykładem kontekstu historycznego , których zresztą jest masa, niech będzie przykład zapomnianego już . mieszańca herbatniego Ludwika Waltera z roku 1926 – General Vaulgrenand . To kawaler Legii Honorowej za udział w pierwszej wojnie. We wniosku o to odznaczenie możemy przeczytać:”A w szczególności, w dniach 6 i 7 października 1915 roku, poprowadził swój batalion do ataku, w najbardziej niebezpiecznych warunkach z odwagą ducha i w absolutnej pogardzie dla niebezpieczeństwa, które zasługują na podziw ” . Jednakże róża ta przeszła do historii z jako Rose de la Ligne Maginot. A oto cała historia.
Kto mógłby dziś przypuszczać, że setki róże kwitły w koszarach, a nawet na szczycie niektórych umocnień Linii Maginota? Cóż, nie jest to legenda, historia tego zdarzenia, o którym teraz chcę opowiedzieć, rozpoczęła się w 1938 roku w Lotaryngii w Vittonville w pobliżu Pont a Mousson: W piękny wieczór w 1938 roku w małej miejscowości Lorraine, na prawym brzegu Mozeli, Jean Paquel, tamtejszy bisnesmen, wydał przyjęcie na zamku Vittonville . Siedziano sobie na tarasie z widokiem na meandrującą rzekę i tysiące róż w parku . Pan Paquel był bowiem namiętnym zwolennikiem róż. W rozmowie uczestniczył generał Giraud, ówczesny gubernator wojskowy Mówił o Linii Maginota, i koszarach, gdzie żołnierze czuwając, ziewają z nudów. Koszary są w otoczeniu przyrody , brak barów, kina, nie, nie ma dziewczyn tylko śpiew ptaków. Morale było niskie jak budżety i wojskowe. Gdybyśmy mogli uczynić to otoczenie bardziej atrakcyjnym, powiedział Giraud, bardziej miłe dla oka … Jean Paquel zażartował: Sadźmy więc róże. To nie tylko piękna legenda ale i piękno kwiat a jakie ma ciernie, jak drut kolczasty! Dla Giraud to nie był żart: – Doskonały pomysł, chcesz spróbować? Jean Paquel waha się jedną sekundę i zgadza się Róża, królowa kwiatów, najpiękniejsza aby oddać hołd tym, którzy zapewniają opiekę nad najpiękniejszym ogrodem Francji. Tak właśnie narodził się pomysł z różami na linii Maginota, który szybko stał się symbolem wsparcia przez społeczność ogrodników, tych którzy stali na straży bezpieczeństwa Francji. Potem przyszedł czas wyboru odmian. Plantatorzy zwietrzyli a tej akcji doskonałą okazję reklamy i promocji swoich produktów. To było normalne, że kreacja Louis Waltera, założyciela Ogrodu Różanego Saverne w Alzacji i Lotaryngii Towarzystwa Przyjaciół Saverne Roses i dziekana francuskich hybrydyzerów znalazła swoje miejsce na linii Maginota. Wśród jego wielu odmian róża General Vaulgrenant została wybrana do sadzenia pierwsza i jako jedyna, stała się oficjalną twarzą akcji uzyskując etykietę:”La rose dela ligne Maginot” Ofiar na ten cel od całego społeczeństwa było tak wiele, że niezbędne stały się formalne ramy dla tej akcji W ten sposób rodzi się, ponownie dzięki M.Paquel, filantropijne Stowarzyszenie Rose Maginot, . W Lotaryngii organizują się lokalne komitety a generał Vaulgrenant staje czele akcji. Jesienią 1938 roku rosło już 10 000 krzewów róż i innych krzewów ozdobnych.
Marszałek Adolphe Niel/1808- 1869 okrył się sławą pod Sewastopolem w roku 1855, pod Solferino w roku 1859. Nadto był ministrem wojny w latach 1867- 1869. Nadto był kawalerem Legii Honorowej. Marszałek Adophe Niel był nie tylko kawalerem Legii honorowej, ale w ogóle był kawalerem. Z faktem tym wiąże się kolejna zabawna anegdota. Otóż Pradel w roku 1857 przygotowywał sadzonki róży Chrometella dla klienta. Okazało się, że jeden krzew wyszedł nie tak jak trzeba. Zastąpił więc go swoją siewką . W tym samym roku, Victor Verdier był członkiem Jury na Montabaun Rose Trial. Zapamiętał sobie tą siewkę i wziął sadzonkę. W roku 1864 postanowił różę tą dopuścić do handlu i zadedykować ją Pani Marszałkowej Niel. Na całe szczęście udało mu się uniknąć niezłego zamieszania gdyż uprzedzono , że wszak Marszałek Niel jest kawalerem!. Anegdotę tę podaję za Odille Masquelier, z książki „Noisette roses” , str. 63.wydanej pod redakcją Virginii Kean przez Charleston Horticultural Society w roku 2009.
Takich i im podobnych historii są setki, a można je znaleźć rozproszone po opisach odmianowych. Wiedziony tą myślą z całą pewnością w długie wieczory jesienno zimowe dokonam szczegółowego zbioru tych opowieści i pomieszczę je pod jednym tytułem. Aż sie bowiem prosi by szerzej był znana, nawet jeżeli jest apokryficzna , historia nazwy General Jacqueminot. I dramatyczna i romantyczna. Podobnie jak w przypadku róży Ghislaine de Feligonde. W obiegu są dwie historie tłumaczące pochodzenie nazwy tej róży. Otóż jej hodowca, Eugene Turbat, zgłosił ją do konkursu odbywającego się w Bagatelle w roku 1915/ Tak, tak, wojna  trwa, wróg u bram, a Francuzi w najlepsze konkursy róż sobie urządzają/, jednakże nie miała nadanego imienia a to było wbrew przyjętym przez jury zasadom. Hodowca gorączkowo poszukuje  jakiejś nazwy i tu sukurs przychodzi  szef ogrodu Forestier, który podpowiada mu imię córki swego przyjaciela  hrabiego de Feligonde. to wersja bardzo prawdopodobna, ale mało romantyczna. wkrótce pojawia sie wprawdzie apokryficzna ,ale za to jakże romantyczno bohaterska. Hrabia walczy na froncie, ranny leży na ziemi niczyjej , pomiędzy okopami walczących stron. Dopiero  Ghislaine, jego przyszła żona, służąca jako pielęgniarka, pod osłoną nocy, przychodzi mu z pomocą. Wszystko by było ok. ale hrabina podówczas miała zaledwie 4 lata! Jednakże, jak widzimy, nie przeszkodziło to w powstaniu jakże uroczej, choć apokryficznej historii. Dziś, w rodzinnej miejscowości hrabiny, , u ścian jej grobowca, rośnie sobie przepięknie rozrośnięty krzew róży Ghislaine de Feligonde.
Godna uwagi jest też historia nazwy róży o już trochę przebrzmiałej urodzie – Frau Karl Drushki gdy to w pierwszym okresie Lambert szukając dla niej uznania zmieniał jej nazwę kilkakroć i dopiero pomysł nazwania jej imieniem żony przewodniczącego niemieckiego Rosenferain / marketingowo niezwykle trafny/ zapewnił jej miejsce w historii, Ale nazwa nie miała szczęścia do historii. Hekatomba, krwawa łaźnia jaka Niemcy sprokurowali w czasie I wojny była przyczyną automatycznych i spontanicznych retorsji ze strony ludzi . Wszystko co niemieckie raziło i było odrzucane. Również róże o niemiecko brzmiących nazwach. Z tych to powodów w Anglii nazywana była Snow Queen a we Francji Reine Neiges. Najdalej poszło to w Stanach Zjednoczonych, gdzie to przewodnicząca Garden Park of Flushing w Nowym Yorku, Mrs a. Vivian, zaproponowała by wszystkim roślinom noszącym niemieckie nazwy , zmienić na angielskie. Nie wiem jak szeroki zasięg miała ta akcja , ale omawiana tu Frau, otrzymała w Stanach Zjednoczonych, nazwę White American Beauty.
Wiele jest jednakże opowieści które swa objętością nadają się na odrębne opowiadania. Mam tu na myśli w szczególności historię róży Madamme A. Meilland , przeplatającą się z historią rodu Meillandów
Podobnie pasjonująca jest opowieść o wprowadzaniu koloru żółtego do róż. A historia American Beauty, róży która tak świetnie wpasowała się w gusta Amerykanów i stała się niezbywalnym elementem ich / i naszej/ kultury masowej. Równie mocny ślad w kulturze francuskiej pozostawiła róża General Jacqueminot z przeniknięciem do najbardziej francuskiego z francuskich produktów jakim są perfumy. Historia ta jest zresztą zbyt obszerna by ją ty przytaczać. Zainteresowanych odsyłam do lektury odnośnego wpisu na mojej stronie.
Śledzenie nazewnictwa róż przynosi czasami niezwykłe efekty. Otóż zbierając dane dotyczące nazwy róży Aurora Poniatowska. Znajduję, że na rosyjsko języcznej stronie niezwykłego małżeństwa Wichłajew jest obszerny szkic poświęcony tak róży jak i bohaterce ją upamiętniającej. A szkic ten kończy się uwagą, że w Częstochowie na początku ubiegłego stulecia/ XIX/, kiedy Polska była częścią Imperium Rosyjskiego, pracował jako hodowca Władysław Zawada, który stworzył serię róż a nazwał je „Piękne Częstochowianki”. Dziś, po gospodarstwie Pana Zawady została tylko nazwa dzielnicy – Zawady. Zaczynam szukać w necie. Tak, był taki ogrodnik i nawet po nim została stara willa , która dzięki kłótniom wewnątrzrodzinnym popada w ruinę no i pozostała nazwa dzielnicy.
Innego rodzaju polonicum w nazewnictwie róż jest róża Sue Ryder . To ładna róża, ale niezależnie od tego powinna znaleźć się w kolekcji każdego polskiego rosomanes, Przyznaję jednakowoż, że może to być trudne, jako że sama firma Harknessów już nie prowadzi sprzedaży tej odmiany. Margaret Susan Ryder, Baroness Ryder of Warsaw zmarła w r. 2000 znana jako Sue Ryder – działaczka charytatywna. Podczas II wojny światowej służyła w tajnej formacji armii brytyjskiej (SOE) zajmującej się dywersją i wspieraniem ruchu oporu w okupowanej Europie. Później do końca życia kierowała założoną przez siebie międzynarodową fundacją charytatywną swojego imienia.

Jako ochotniczka wstąpiła do pomocniczej służby wojskowej kobiet First Aid Nursing Yeomanry. Wkrótce została przeniesiona do polskiej sekcji w Kierownictwie Operacji Specjalnych, gdzie służyła do końca wojny. Jej zadaniem było zapewnienie opieki dla cichociemnych, odwoziła ich również na lotnisko, skąd wylatywali na swoje misje. Po wojnie podjęła się organizowania pomocy humanitarnej dla Polski, a także innej działalności charytatywnej, w tym pomocy byłym więźniom obozów nazistowskich oraz ratowania osób skazanych na śmierć w więzieniach alianckich.
W 1953 założyła Sue Ryder Foundation z siedzibą w domu swojej matki Mabel Ryder w Cavendish w hrabstwie Suffolk w Anglii. Fundacja miała się stać żywym pomnikiem ofiar wojny i często bezimiennych jej bohaterów, w tym przyjaciół Sue Ryder – cichociemnych. Fundacja zajęła się wznoszeniem tzw. Domów Sue Ryder, szpitali, hospicjów i domów opieki, które powstały na całym świecie, w tym 30 w Polsce. Po upadku komunizmu nie zaprzestała działalności w Polsce W 1991 Ryder założyła niezależną Fundację Sue Ryder w Polsce. Obecnie wszystkie jej instytucje charytatywne współpracują ze sobą w ramach nieformalnej organizacji Sue Ryder International.Jest honorowym obywatelem Warszawy, Konstancina-Jeziorny i Gdyni. Jej imię noszą skwery w Gdyni i Warszawie oraz ulica w Konstancinie.
W 1959 wyszła za mąż za płk. Leonarda Cheshire’a, brytyjskiego bohatera wojennego i działacza charytatywnego. Oboje z mężem przeszli na katolicyzm. Trwają starania o wszczęcie procesu beatyfikacyjnego zarówno Sue Ryder, jak i lorda Cheshire.
W 1978 otrzymała tytuł para Anglii, przyjmując za swoją siedzibę Warszawę.
Od 2016 w Warszawie jest muzeum, poświęcone jej właśnie. Znajdują się tam zbiory z prywatnej kolekcji Sue Ryder – jest jeszcze inna róża , również wyhodowana przez Harknessów a nazwana Lady Ryder of Warsaw. Jest to czerwona floribunda.

I o jeszcze jednej damie angielskiej upamiętnionej nazwą róży Dame of Sark chciałbym powiedzieć.
Upamiętnia ona Sibyl Mary Hathaway która była Seniorem, czyli władcą wyspy senioratu Sark. Wyspa Sark leżąca w archipelagu wysp Normandzkich formalnie zachowała niezależność od Anglii. Jest to ostatnie terytorium w Europie rządzące się prawami feudalnymi. Podlega królowi Anglii i płaci roczny trybut w wysokości niecałych dwu funtów. Zachowała też szereg odrębnych i oryginalnych obyczajów – przykład: mężowi przysługuje prawo chłosty w stosunku do żony, ale pod warunkiem, że kij nie może być grubszy od palca należącego do chłoszczącego.
W 1973 roku Peter Harkness otrzymał list od przyjaciółki Pani na Sark w którym to ona elegancko zasugerowała, że Dame Hathaway niebawem będzie obchodzić 90 rocznicę urodzin i byłoby „łaskawym gestem z jego strony” jeśli by jedną ze swych róż mógł nazwać jej imieniem. Peter nie tylko, że nadał swej róży imię Dame of Sark, lecz był również łaskaw przybyć osobiście by wręczyć pierwsze trzy róże i własnoręcznie je posadzić. Dame of Sark otrzymała tegoż roku wiele wyrazów uznania i pamięci w tym niezliczone ilości kart imieninowych i telegramów, ale jak stwierdziła, gest Harknessa zrobił na niej największe wrażenie. Postanowiła również , że posadzi większą ilość tych róż w swych słynnych ogrodach, lecz nie dane jej było spełnić tej obietnicy, gdyż w tymże roku zmarła.
Według autobiografii Pani na Sark , w dwa lata później grano sztukę teatralną w Theatre West End w Londynie w czasie odbywających się pokazów Chelsea Flower Show. Na tych pokazach Peter Harkness zauważył aktora grającego główną rolę męską w tym spektaklu i dał mu różę Dame of Sark , którą właśnie prezentowano jako dar dla aktorki grającej role Sibyl Hataway. W rewanżu otrzymał zaproszenie na spektakl, na którym pojawił się z koszem róż Dame of Sark dla Anny Neagle grającej rolę Dame of Sark. Sprowokowało to dyrektora teatru do otwarcia butelki szampana. Trzeba przyznać, że gładko się to wszystko potoczyło.

O jeszcze jednej grupie nazw róż chciałem wspomnieć. Nazwał bym je w skrócie socrealistyczne. Oczywiście wiodącą rolę odgrywali tu hodowcy z ojczyzny proletariatu światowego. Mamy tu takie perły jak Zwiezda Oktiabria,Kołchoźnica, Konsomolskij ogoniok, Nasza pobieda,Roza Ilicza,Soso. Również Czesi dołożyli się do tego Np Kore – Korejska,
Nie śmieję się jednakowoż tej słabości ludzkiej. Jak bowiem my małe żuczki, możemy ocenić co jest ważne w naszych dziejach i wymagające upamiętnienia a co tylko złudą i błyskotką marketingową.
W roku 1994, Jurgen Evers wyhodował przepiękną różę , którą niezwykle trafnie nazwał Candlelight. Jest to jeden z niewielu przypadków gdy nazwa pasuje do róży, opisuje ja i podkreśla jej walory. Płomień świecy. Czy może być coś piękniejszego. Róża ta otrzymała również kilka innych nazw synonimicznych jak np. abstrakcyjna Global Beauty. Nie dlatego jednakowoż o tym dziś wspominam. Otóż w roku 1996 jeden z dystrybutorów nazwał ją Bataclan. W połączeniu z wydarzeniami jakie niebawem nadejść miały, róża ta ze swoją nazwą wraca jak gdyby po raz drugi do naszej świadomości w sposób niejako symboliczny Świeca, jej światło i symbolika transcendentna łączy się z brutalną rzeczywistością . Tak nigdy nie będziemy wiedzieć, jak w pamięci społecznej zapisze się niewinnie nadana nazwa tej egzemplifikacji piękna jaką jest róża. I kto tam będzie pamiętał, że nazwa Bataclan była jeszcze przed zaistnieniem w masowej świadomości tego wyrazu.
Mnie też trafiały się niezłe numery. W edytowanej przeze mnie encyklopedii róż niejednokroć zdarzało mi się opisywać dwukrotnie tą samą odmianę. Czy opisy się różniły? A to już zostawiam dla szperaczy . Każdy bowiem może trafić na taki podwójny opis i porównanie ich będzie najlepszym testem wiarygodności opisów.

 

Napisz komentarz