Wojna i róże. Hiszpania i Włochy

Dzieje się to pod koniec lat trzydziestych ubiegłego wieku . W Hiszpanii trwa okrutna wojna domowa, giną setki tysięcy obywateli, ludzie są mordowani również poza linią frontu. Wszystko w imię jakichś idealistycznych wyobrażeń. Ale nie oceniam ich,  tak się po prostu dzieje. W tym czasie regionalny rząd Katalonii widząc biedę w jaką popada najwybitniejszy hiszpański rosarianin Pedro Dot- bo przecie kto w  czasach wojny myśli o różach-  podejmuje decyzję o zakupieniu u niego trzech tysięcy krzewów róż. Apeluje też do Generała Franco by nie bombardować jego pól z uprawami róż gdyż jest to taki sam dorobek kulturowy jak na przykład malarstwo Goi. To się naprawdę dzieje w ogarniętej wojną domową Hiszpanii.

Przenieśmy się teraz do Włoch. Domenico Aicardi mieszający w cudownej Villa Minerva, położonej na tarasach San Remo, na tychże tarasach zakłada zjawiskowy ogród różany złożony prawie wyłącznie z jego własnych autorskich siewek. W tym bajkowym otoczenie spotykają się jego przyjaciele rosarianie / i nie tylko/ by dyskutować o sprawach jakie się prostemu człowiekowi w tych trudnych czasach nie śniły. Aicardi jest mocno zaangażowany politycznie . Z ramienia faszystów pełni funkcję  burmistrza San Remo. Ale oto wojna wchodzi w fazę schyłkową. Niemcy wycofują się pod naporem aliantów z Włoch. Willa Aicardiego zostanie przez nich zajęta , rodzina wysiedlona a w zjawiskowym ogrodzie różanym żołnierze niemieccy kopią okopy. Gdy już sobie pójdą w jasną cholerę, ani krzaczek nie pozostał. Zrozpaczony Aicardi  nie może dojść do siebie i chce porzucić swe prace z różami. Ktoś kto nie zna tego szczegółu zapewne by się mocno głowił dlaczego to Aicardi przed wojną hodował inne róże a po wojnie inne.

Przenieśmy się teraz na teren dzisiejszej Słowacji  W miejscowości Dolna Krupa, hrabina Henriette Chotek założyła ogromne rosarium, które bywało, że było większe i konkurowało z Sangerhausen. W latach wojny nie wyglądało ono być może imponująco , ale z pewnością był to jeden z największych ogrodów różanych świata. I oto na te tereny wkraczają słynni krzewiciele kultury ze wschodu. Sowieci w try miga dewastują całe rosarium a właścicielka jakimś cudem uchodzi z życiem i dożywa swych dni w pobliskim przytułku sióstr zakonnych. Socjalizm nie potrzebuje róż. Czy to ten nazistowski czy to ten marksistowski. Ubogacają nas równo.Innym przykładem  pochodzącym również od naszych południowych sąsiadów niech będą szkółki wielkiego Jana Bohma. Przetrwały wojnę, pół biedy, że znacjonalizowane po wojnie, ale również celowo bezdusznie i bezmyślnie zniszczone. Przepadła cała jego wielka kolekcja i dorobek hodowlany. Co musiał czuć sam maestro Bohm, nawet myśleć mi się nie chce.

To tylko cztery przykłady i jakże inne zachowania.

Czy w Polsce podobnego barbarzyństwa nie było? Ależ tak. Nawet  współcześnie . Koło hali stulecia we Wrocławiu  rosły sobie nasadzone rękami ówczesnych gospodarzy Niemców, prawie również stuletnie róże . Miały one budzące szacunek rozmiary, były to prawdopodobnie Madame Caroline Testout. Tak wynika to przynajmniej z fotografii  które otrzymałem  od czytelnika. Wszystko to w jasną cholerę wykopano i zniszczono  już współcześnie. Podobny los spotkał różankę w Szczecinie, która jako pozostałość po giermańcach została najpierw zapuszczona a potem zdewastowana. U nas też socjalizm róż nie potrzebował. To dobrze, że ramach ekspiacji władze miasta  z powrotem przywróciły substancji miejskiej ponadczasowy i ponadnarodowy dorobek w postaci zrestaurowanej różanki, ale zniszczonych i utraconych bezpowrotnie starych odmian nikt już nie przywróci. A nałęczowskie szkółki Śliwińskich, a gospodarstwo ogrodnicze Władysława Zawady w Częstochowie. Hodował on również róże. Wiemy , tylko że wyhodował serię róż które nazwał Piękne Częstochowianki. Po Zawadzie pozostała przynajmniej dzielnica miasta o nazwie Zawady. O mniejszych kolekcjach róż w opuszczonych i zdewastowanych parkach litościwie zmilczę. Do dziś coś się wyłania z mroków dziejów. A to Pani Jadwiga Muszyńska wynajdzie Tausendschon, a to jej znajomy Geschwinds Orden, a to Pan Kazimierz Łakomski coś wyszpera w opuszczonych poniemieckich zabudowaniach. Mnóstwo takich ciekawostek znalazła Pani Jowita Czyż we Wrocławiu w tym sprzedawaną obecnie przez Pana Adama Choduna Jowitę. Również na Lubelszczyźnie w posiadłości Vetterów Pani Beata Niedźwiadek Szwedo znalazła przepiękną/prawdopodobnie remontantkę/ którą tymczasowo nazwałem Vetter.

W Wielkiej Brytanii, we Francji czy nawet Niemczech w czasie wojny funkcjonowały inne rozwiązania. Wiadomo było, że potrzeba żywności.  Nakazano więc szkółkarzom by 90% posiadanej powierzchni uprawnej przeznaczać na produkcję żywności. Ale gdzie nam tam do problemów angielskich. Samuel McGredy IV w swojej książce A Family of Roses opisuje jak to w czasie wojny, gdy nie wolno było hodować róż, personel nudząc się przy uprawie sałaty czy pomidorów i by nie wyjść z wprawy, dla zabawy szczepił i okulizował róże szlachetne na krzewach dzikich róż rosnących w słynnych angielskich żywopłotach. Jak pisze Samuel, do dziś pozostały ślady ich zabaw.

O czym to ja chciałem napisać? Początkowo o tym jak w tej samej materii można się różnie zachować. Rząd Katalonii w ogarniętym wojną domową kraju dba o takie wydawało by się drobiazgi jak róże. Nie pozwalał spauperyzować się swojemu wielkiemu synowi Pere Dotowi kupując od niego nikomu wówczas niepotrzebne róże i prosząc wojska przeciwnika by nie niszczyły szkółek gdyż jest to taki sam dorobek kulturowy jak na ten przykład malarstwo.

A z drugiej strony zachowanie Niemców którzy u sojusznika brutalnie i bezwzględnie niszczą ich dorobek , jednocześnie pamiętając o swoich którym taki sam dorobek chronią jedynie ograniczając  produkcję,  Cytowany już przeze mnie McGredy opisuje jak to Niemcy w pierwszych latach wojny dzielnie zaspokajały popyt wewnętrzny na róże wzmacniany przez sukcesy na froncie do tego stopnia, że w pierwszych latach wojny Niemcy osiągnęły największy w historii poziom produkcji róż. Sytuacja się odwróciła gdy przyszły klęski. Wówczas w Niemczech wprowadzono ograniczenia administracyjne a na pierwsze miejsce w produkcji róż wysunęły się Stany Zjednoczone.

Czy Niemcy jakoś się uparli na to by zniszczyć róże Aicardiego? Nie. Oni tak mają. Za przykład nie posłużą słynne okręty Nerona wydobyte z osuszonego przez Musoliniego jeziora Neni. Nie uszanowali ich bezcennej wartości historycznej i kulturowej, prowokując Amerykanów do ostrzału  tego miejsca i rezultacie oba bezcenne okręty spłonęły.Owi „kulturalni” Niemcy potrafią uszanować tylko swoje. Tylko swoje się liczy i jest coś warte.

Przykład ochrony i przykład dzikiego bezrozumnego niszczenia. a pomiędzy tymi przykładami znajdziemy świadectwo Czechosłowacji czy Polski gdzie to wojska sowieckie czy osadzone przez nich reżimowe marionetki niszczyły bezmyślnie i barbarzyńsko dorobek wcześniejszych pokoleń nie znajdując w tym żadnej wartości. Czy sowieci postępowali tak okrutnie tylko u nas? Nie. Przykład zniszczonych po rewolucji bezpowrotnie zasobów ogrodów krymskich pokoleniowego dorobku rosyjskich hodowców, wskazuje iż doktrynerstwo i zaślepienie rewolucyjne nie widzi nacji. Nie widzi też wartości. To o tym chciałem napisać.

Aż się kusi by napisać coś o Francji gdzie w czasie wojny hodowla róż trwa i odbywają się konkursy różane z nagrodami, ale nie będę się rozdrabniał.

Dziś , gdy musimy przed całym światem udowadniać, że to nie my napadliśmy na siebie, zburzyli kamienice i wymordowali  lokatorów  – warto wiedzieć kto zachował się przyzwoicie. To o tym – przede wszystkim – chciałem napisać.

Marian Sołtys

Włodawa/ w cieniu Sobiboru/ 4 02 2018

2 komentarzy do “Wojna i róże. Hiszpania i Włochy”

  1. Kurek Tadeusz napisał:

    Jak było u nas z różami za czasów hitlerowskich wiem z opowiadań rodzinnych, bo z czasów sowieckich i dalszych sam zapamiętałem.
    Na podstawie Książki „Szkółkarstwo Polskie 1799 – 1999″ pozwolę sobie przypomnieć dzieje jednej z pierwszych w Polsce szkółek, specjalizujących się w uprawie róż. Chodzi o szkółkę braci Kastriela i Arona Ejzyków.

    „Obaj bracia pochodzili z rodziny ogrodniczej (już ich dziadek był ogrodnikiem) i w młodości uprawiali rabarbar i trochę róż. Starszy, Kastriel, skończył szkołę ogrodniczą w Niemczech (Berlin-Dahlem? Hanower?). Szukając dobrego miejsca dla własnej firmy, osiedli w 1912 r. w Kutnie i otworzyli zakład ogrodniczy („Szkółki róż K. Ejzyk Kutno”, „Gospodarstwo Ogrodnicze” itp.). W gestii Arona była produkcja, a Kastriel był od reprezentacji, reklamy, kontraktów, umów, importu i eksportu (wysyłał róże cięte nie tylko do Warszawy i Łodzi, ale na przykład do Wiednia).
    Była to jedna z pierwszych w Polsce szkółek, specjalizujących się w produkcji róż gruntowych na wielką skalę – liczba odmian sięgnęła w ostatnich latach przed II wojną, według różnych źródeł, 1.000 – 1.500 ( ! ), corocznie wysadzano do 300.000 podkładek! Róże ekspediowano bardzo starannie, w balotach z trzech warstw – niemłóconej słomy, mchu i jeszcze raz słomy. Bracia uprawiali też dużo Lilium regale (na 0,5 ha) i ponad 40 odmian bzu (także pędzonych na kwiat cięty), nieco drzew i krzewów owocowych i ozdobnych oraz groszki wielkokwiatowe Spencera w najnowszych odmianach amerykańskich i angielskich. Szkółki miały 15 ha i leżały w Kutnie – Azorach, przy szosie z Warszawy do Poznania. Pod koniec lat 1930-tych bracia dokupili (wydzierżawili?) grunt przy drodze na Płock, a jeszcze w roku 1939 (!) szukali do pracy wykwalifikowanego szkółkarza („pierwszeństwo w objęciu posady przypadnie osobie, specjalnie interesującej się nowoczesnymi metodami pracy w szkółkarstwie”).
    W szkółkach, poza miejscowymi robotnikami, pracowali praktykanci, w tym studenci SGGW i – przede wszystkim – liczni młodzi Żydzi, którzy po wyjeździe do Palestyny zakładali tam szkółki róż, zarówno prywatne, jak w kibucach; w pamięci zachowały się nazwiska dwu z nich, praktykanta z 1936 r., Motyla, i opiekuna praktykantów, nazwiskiem Ruda. Ejzykowie organizowali „dożynki różane”, jechali wtedy z pracownikami na cały dzień do lasu, gdzie wszyscy bawili się, śpiewali i tańczyli.

    Po wybuchu II wojny Kastriel uciekł do ZSRR, a Aron, wraz z żoną, ukrywał się jako „ogrodnik Stasio” pod Żyrardowem (fałszywe papiery mieli dzięki toruńskiemu ogrodnikowi – B. Hozakowskiemu i nieznanemu bliżej p. Jakubowskiemu). Żona Arona Ejzyka, Zofia Barcińska, zmarła pod koniec okupacji, już po wykupieniu jej z gestapo na Szucha, gdzie była uwięziona przez wiele miesięcy, po przypadkowym zatrzymaniu w łapance w Warszawie.

    Po II wojnie bracia znacznie ograniczyli produkcję, wprowadzili też uprawy nasienne. W styczniu 1947 r. Kastriel wyjechał z najbliższą rodziną do Palestyny. Aron został w Kutnie sam i nadal prowadził szkółki róż, na powierzchni ok 3 ha, sadząc rocznie około 50.000 podkładek. Bracia odwiedzali się kilkakrotnie, Kastriel przysyłał do Kutna nowe, zachodnie odmiany róż.
    Po II wojnie Aron Ejzyk wspomagał w Kutnie budowę szkoły, odnowienie kościoła itp. Wszyscy, Którzy pamiętają Arona Ejzyka, wspominają go jako człowieka wyjątkowo miłego i dobrego. Wszyscy też wspominają jego miłość do ptaków – drobne ptaszki siadywały mu na ramionach i rękach, po ogrodnictwie przechadzały się pawie, a w czasie częstych wizyt A. Ejzyka w zakładzie ogrodniczym J.Stoińskiego w Łodzi obaj panowie poświęczli się głównie nie szkółkom i roślinom, a perliczkom i gołębnikowi.”

    Z tego co pamiętam (miałem wtedy 10 – 13 lat) Ojciec mój, w zrazy do okulizacji, zaopatrywał się gównie u Ejzyków i przynajmniej raz A. Ejzyk był u nas. Pamiętam jak z moim Ojcem karmili gołębie.

  2. admin napisał:

    Wspaniałe świadectwo

Napisz komentarz