O postępie – w hodowli róż.

Skąd ten temat? no nie z naszej literatury czy publicystyki ogrodniczej. U nas nawet w wymiarze zasadniczym takie tematy nie znajdują miejsca. Czasem gdzieś bokiem, na forach pojawią się interesujące wątki, ale to raczej egzotyka  a nie mainstream. To choroba anglosasko frankofońska, przy której Łysenko jawi się jako nieporadny uczeń. Tak sobie myślałem,  któreż to odmiany róż są wg. tych szacownych idiotów postępowe a których tym mianem by obdarzyć się nie dało. W Polsce , w tej materii wielkim doświadczeniem w tropieniu przejawów  postępowości ma Gazeta Wyborcza, ale podejrzewam, że obecnie zajęci są śledzeniem przejawów faszyzmu, ksenofobii i antysemityzmu w naszym narodzie i chwilowo jak gdyby zaniedbali kwestie postępowości. Nadto postępowość u róż może im się wydawać nieatrakcyjnym i zbyt specjalistycznym tematem. Dlatego odwołać się mogę jeno do piśmiennictwa obcojęzycznego, to tam naczytałem się nieraz o postępie w hodowli róż. W końcu nie zdzierżyłem i postanowiłem napisać coś wstecznego. To tyle tytułem wstępu.

Ze dwa lata temu, opisywałem kanadyjki z pewnym entuzjazmem i nadzieją na nowe otwarcie. Gdy się im bliżej przyjrzałem, a przyda się tu jeszcze ze dwa lata obserwacji, to okazuje się, że ci hodowcy tak od Svejdy jak i ci z Morden za bardzo się za państwowe pieniądze nie przepracowali i nic dziwnego, że im biznes ograniczyli czy wręcz zamknęli. Większość odmian z tej kolekcji zdaje się wyglądać na półprodukt. Dopiero użycie niektórych z nich do dalszej przemyślanej hybrydyzacji, daje nadzieje na pełnowartościowe  rośliny ozdobne. Mam tu na myśli nową grupę odmian, które roboczo możemy określić jako mieszańce róż kanadyjskich. Że wymienię dla przykładu  Ramblin Red   gdzie jako  odmiana wyjściowa posłużył Radlerowi  Henry Kelsey, podobnie zresztą jak i w przypadku Joan Beales. Trochę inaczej powstała śliczna Campfire gdzie to  z a punkt wyjścia hodowca wziął floribundę  Ping Lima - My Hero, którą to wzmocniono kanadyjką Frontenac. Wspomnę jeszcze o udanej próbie skrzyżowania między sobą dwu odmian z grupy Kanadyjskich w efekcie czego powstała całkiem udana Cap Diamond.   

Podobnie ma się sprawa z różami Geschwinda. Oddając całą sprawiedliwość Geschwindowi jako hodowcy  wizjonerowi, trzeba jednakowoż jego dorobek / a jeszcze ustalić jego autentyczność/ widzieć we właściwych proporcjach. To co dziś jest nam oferowane jako jego dorobek nie może być podstawą żadnej liczącej się różanki. Zdecydowana większość z nich nie powtarza kwitnienia a i ze zdrowotnością są niejakie problemy. To materiał/zresztą świetny/ dla hybrydyzerów. Weźmy jako ilustrację mocny przykład tj Gruss an Teplitz. Proszę mnie dobrze zrozumieć. Nie grymaszę. Zdaję sobie sprawę z tego , że wyróżnienie tej kreacji jako jednej z róż stulecia opiera się na bardzo mocnych podstawach, ale czy nie powinna być ciut wyższa. Czy nie powinna mieć odrobinę mocniejsze szypułki kwiatowe? Inny przykład Geschwind nordlandrose czy Geschwind Orden. Jest przepiękna, jej kwiaty to najczystsza poezja. Nie choruje, jest odporna na nasze mrozy, ale czemu nie powtarza kwitnienia? To zadanie i wyzwanie dla współczesnych hybrydyzerów.Podjął się go np. Hans Jurgen Weichrauch i po skrzyżowanie Geschwind Nordlandrose z Flamingo otrzymaliśmy wspaniałą Gruss an Labenz. Ponieważ jest to hodowla stosunkowo świeżej daty, nie możemy jednoznacznie powiedzieć czy oto jest to na co czekamy – mrozoodporna powtarzająca kwitnienie , pnąca róża. Czyżbym wytropił jakiś postęp?

Że można wiele zrobić w dziele poprawy dotychczasowego dziedzictwa  pokazują przykłady Davida Austina i Lensa. Austin przewrócił do góry nogami cały dotychczasowy dobrze ustabilizowany i ułożony świat różany do góry nogami. Pokazał jak bałamutne są twierdzenia o istnieniu jakowegoś postępu i rozwoju i jego rzekomej konieczności. Zatrzymał się, wrócił niejednokroć o kilkaset lat i dał nam wielką radość w postaci austinek. Podobnie Lens. On również postawił przed sobą zadanie ulepszenia róż piżmowych. Dziś rosną w moim ogrodzie różanym obok siebie te mieszańce piżmowe którymi obdarzył nas wielebny Pemberton i te Lensa. Kreacje Pembertona powtarzają kwitnienie są piękne i prześliczne ale ich kwitnienia nie można nazwać ciągłym.
Na mojej rabacie rosną obok siebie Walferdange Lensa i Cornelia  Pembertona. Kwiaty mają bardzo podobne, różnice są nieistotne z punktu widzenia przeciętnego rosomanes, ale Walferdange od wczesnej wiosny do jesieni kwitnie non stop. Natomiast Cornelia zakwitła na tym co tam miała, co przechowała przez zimę, potem wypuściła nowe pędy i czekam co też się na nich pojawi. Walferdange ma zdyscyplinowany wzrost i wiemy czego się po niej możemy spodziewać. No, ale po Cornelii możemy się spodziewać np dwumetrowych przyrostów i niestety bez kwitnienia. Lens wykonał olbrzymią pracę stanął na barkach swoich przodków. Dopiero w takich razach widać jak wielka praca hodowlana została przez niego wykonana.

Inny przykład tzw. „postępu” – dostarczył nam  Ralph Moore.  Oczarowały go róże miniaturowe. Nie musiał jednakże nic wymyślać, wszak  na rynku były obecne miniaturki od stuleci, że przypomnę tylko słynną miniaturową centifolię, Rose de Meaux,  która w dziewiętnastym wieku sprzedawana była jako roślina doniczkowa. Miała ona  - patrząc z tego punktu widzenia –  jedną ale wielką wadę – nie powtarzała kwitnienia. Potem pojawią się róża chińska … protoplastka polyanth. Ta, miała już i karłowy wzrost i cechę ciągłego kwitnienia. Podobnie jak i polyanthy, które jednakże trudno nazwać doniczkowymi. Choć wiele z nich mogłoby i w takiej roli wystąpić. Moore, abstrahując już od innych aspektów tego zagadnienia, cel zdefiniował jednoznacznie – miniatury. Gdy już tą sztukę opanował do perfekcji, postawił sobie inne zadanie. A teraz wyhodujemy miniaturkę mchową. To że nie było przed nim zadań niemożliwych, pokazuje historia minaturek striped a w tym zwłaszcza rugosa striped. Gdy i to zadanie rozwiązał, ów 100 letni mężczyzna stwierdził ot tak po prostu, bez śladu bufonady – hodowanie miniaturowych striped nie jest już dla mnie wyzwaniem, mogę bowiem wyhodować dowolny mix kolorystyczny , poszukuję nowych wyzwań. Czy dzieło  Ralpha Moore to przykład jakiegoś postępu? Tak zapewne skomentował by jakiś marksista albo za przeproszeniem lewak. Dla Moore’a był to tylko i wyłącznie problem do rozwiązania. Wyzwanie z jakim się mierzył.

Czy dwu dżentelmenów  a prywatnie wielkich przyjaciół , Harkness i Dickson, gdy to gdzieś ze czterdzieści lat temu gwarzyli sobie  w kawiarni podczas wystawy  ogrodowej w Chelsea, myśleli o postępie i rozwoju  hodowli róż. Bzdura. Oni /może nawet nieświadomie / szukali nowych wyzwań. W pewnym momencie Dickson  rzuca od niechcenia: a gdyby tak skrzyżować hultemię z różą. Jak sądzisz ? Udało by się ową plamkę przenieść do naszych poczciwych różyczek? Nie minęło i pół wieku i oto mamy już w obrocie handlowym owe hybrydy z hulemias.  Alissar Princess of Phoenicia, Eyes For You , że nie wspomnę o tych pionierach jak Tygrys i Eufrat . To kwestia wyzwań jakie sobie stawiamy. Zadań, celów przed swoim życiem.

Gdy  gentelmen w każdym calu , sir Frank Cowlishaw uparł się , że zrobi niebieską różę, nie wiedział, że podejmuje się swego rodzaju mission imposible. Na szczęście tego nie wiedział. Trzynaście lat pracy i ot proszę mamy  przepiękną floribundę Rhapsody in Blue. Czy Panu Cowlishaw potrzebna była sława lub pieniądze. Czy może chciał podnieść hodowlę róż na nowy, wyższy poziom? Nie, to kwestia stawiania przed sobą wyzwań, marzeń i urzeczywistniania ich.

Czy te przykłady nie świadczą o postępie hodowlanym? Ależ jak najbardziej tak. Mieliśmy odmiany raz kwitnące – mamy kwitnące ciągle.  Róże nie miały koloru żółtego – proszę bardzo, są we wszelkich maściach i odcieniach . Mało tego. Mamy dziś odmiany mrozoodporne i powtarzające kwitnienie. Tylko proszę nie mówmy o postępie. Ci wszyscy dżentelmeni ,których raczyłem przywołać  w tym artykule  po prostu realizowali konsekwentnie nakreślone przed sobą cele rozwiązywali zadania. Postęp to im przypisały później, różnej maści autorytety. W cudzysłowiu i bez.

A róża? Została różą.

Marian Sołtys listopad 2014.

Napisz komentarz