Lambertiany, Pernetiany, Lawrenciany…

Ostatnimi laty, gdy to wykładniczo zaczęła rosnąć liczba nowo hodowanych odmian, przez bez litości zarzucających rynek starych i nowych szkółkarzy i hodowców – wiele odmian przekroczyło granice klasyfikacyjne Linneusza. Na bieżąco trzeba było sobie z tym jakoś poradzić. Zaczęto więc przypisywać je na przykład do nazwiska hodowców. Ponieważ nikt nie podjął trudu i /ryzyka/przeklasyfikowania tego zjawiska na nowo, powstawały tak amorficzne twory jak np. róże krzewiaste – nazwa bez sensu, wszak wszystkie róże są krzewiaste – bardziej odpowiednią nazwą byłaby trochę opisowa kategoria jak np. „współczesne mieszańce międzygatunkowe”. Tu akurat mamy do czynienia z innym zjawiskiem bo jedną z praprzyczyn tegoż kłopotu jest utajnianie przez hodowców swoich linii rodowodowych w obawie przed konkurencją. Problem ten z czasem sam się rozwiąże gdy tylko spadną koszty badań genetycznych. Rozwiąże to zagadki przeszłe, teraźniejsze  i przyszłe. Kłopoty te w fazie początkowej nie były zbyt wielkie gdyż na przykład Lambertiany to nic innego jak podgrupa mieszańców multiflory, która wyszła spod ręki Petera Lamberta. Jak gdyby jej kontynuacją jest grupa mieszańców piżmowych a właściwiej nazwać by je Pembertian , która bardziej od Lambertian przyjęła się na rynku.

Nieco wcześniej mieliśmy grupę róż nazwanych Lawrancianas od miniatur /malarskich/ które wyszły spod ręki Mary Lawrance. Wydawnictwo z 1900 roku, które daje nam spis wszystkich róż rosnących w Roseraie L’Hay wymienia jako lawrentianas dziesięć odmian – Caprice des Dames, de Chartres, Double Blanche, Gloire des Lawrence, Lawrencia Blanc, Lawrencia Rose, Pompon Ancien, Pompon Biju i Pompon de Paris. Roy Shepperd w „History of the Rose” dodaje jeszcze Nigra, Jenny i Retour du Printemps. wszystkie one poszły w ostateczne zapomnienie z chwilą odkrycia Rouletti, a zwłaszcza po wyhodowaniu pierwszych nowoczesnych hybryd róż miniaturowych przez Holendra Jana de Vink  w latach trzydziestych ubiegłego wieku.

-  Niezwykle istotną grupą są Pernetiany będące w swej istocie mieszańcami herbatnimi ale w uznaniu zasług i podziwu dla Pernet- Duchera /za wprowadzenie koloru żółtego/ lyońscy hodowcy nazwali je pernetianami. Jest z tym również pewien kłopot. Wiemy kiedy się pernetiany zaczynają . Ale kiedy się kończą? W pierwszym pokoleniu krzyży, w drugim? Zapewne dla uniknięcia rozwiązywania tych niepotrzebnych dylematów włączono je z powrotem do mieszańców herbatnich. Formalne wchłonięcie pernetian przez grupę mieszańców herbatnich nie  unieważniło jednakże  ich istnienia i wcześniej czy później ktoś arbitralnie będzie musiał taką granicę zaproponować. Myślę, że granica drugiego pokolenia jest tu rozsądnym wyjściem. Innym jest analiza wyglądu konkretnego mieszańca. Wszak pierwsze pernetiany ,  nie tylko ich kwiaty  ale i  liście różniły się znacząco wyglądem od dotychczasowych mieszańców herbatnich –  i przedstawianie go do oceny jakiegoś szacownego ciała przy WFRS.

Przykładów takich mieszańców międzygatunkowych można podać znacznie więcej:

Grupa nordlandrose Geschwinda. Wprawdzie nie znamy na dzień dzisiejszy ich genomu, ale potencjalnie mogą stanowić pozycję wyjściową dla całej gamy mrozoodpornych odmian.

Róża kordesii W. Kordesa  i jej mieszańce , których do rugosas przypisać się nie da, a stanowią pokaźną i znacząca grupę róż. Dodatkowo bardzo zaważyły na rozwoju róż w ogóle.

English roses Davida Austina. Gdybyż je nazwać od nazwiska hodowcy tak jak lambertiany i czy pernetiany – austinianas/austiniany/  można by włączyć do tej grupy wszystkie te odmiany powstałe później/ przy oczywiście protestach hodowców/ wszystkie te nostalgiczne, generosy , marchenrose, renesansowe i te wszystkie inne, powstałe w oparciu o ten sam pomysł krzyżowania róż współczesnych z tymi sprzed stu lat,  o których to już wcześniej raczyłem pisać. Do grupy tej mogłyby przynależeć również ich mieszańce. Nazwa English Roses ze względów szowinistycznych nie ma szans się bowiem przyjąć. Jakiż Francuz czy Niemiec nazwie swoje ukochane dzieciątka  - english rose. Nie przejdzie nawet pisane z małej litery.

Podobnych, wyodrębnionych de facto, bytów jest więcej.Weźmy róże Griffitha Bucka. Ewidentnie wyróżnia je wprowadzenie przez hodowcę do genomu swoich mieszańców genów r. laxa. Dla usidlenia jej i nadania jej cywilizowanej formy używał różnych innych form ogrodowych , ale trudno je nazwać mieszańcami herbatnimi czy floribundami.  Jedno bez wątpliwości  grupę tych róż wyróżnia . Mrozoodporność. Wizualnie też mają swoje piętno. Większość mieszańców Bucka da się bez trudu wyodrębnić bez głębszych analiz.

Podobnie ma się rzecz z różami kanadyjskimi. Ich specyficzny rys, zwłaszcza w odniesieniu do grupy z Morden to  poza skorzystaniem z dorobku G. Bucka , również wniesienie genów róży preriowej/r.arkansana/. F. Svejda poszła trochę inną drogą absorbując bardzo udanie i zupełnie inaczej niż Kordes – różę kordesii no i rugosę. Tu też znakiem szczególnym, rzekłbym okrętem flagowym jest mrozoodporność, że o odporności na choroby nie wspomnę, gdzie to zaszła znacznie dalej od Kordesa.

Współcześnie , po okresie pewnego zagubienia, nowy trop wytyczają amerykanie przez – na przykład –  Knock Out  i jej rodzinę. Korzystając przy okazji niejako, z dorobku hodowców kanadyjskich, jakoś tę grupę trzeba będzie w przyszłości nazwać. Są angielskie, kanadyjskie – więc może amerykańskie? Chińskie już mamy.

Wniosek –  Klasyfikacja Linneusza dla rosomanes jest dziś mniej użyteczna. Ukrywanie przez hodowców rodowodów  sprawia, że  trzeba zaproponować jakieś wyjście z tej sytuacji. Co niniejszym czynię.

xxx

Po co to piszę? No, po prostu mam ochotę wywołać na ten temat dyskusję. Klasyfikacja róż, bowiem urywa się de facto, sto lat temu na floribundach. No, dodajmy jeszcze zaproponowaną przez ARS grandiflorę. Ktoś, kto świeżo wchodzi w temat, na przykład Marsjanin, mógłby odnieść wrażenie jak gdyby historia róż na kuli ziemskiej się skończyła. Jak gdyby od stu lat nie wydarzyło się nic istotnego.

 

Napisz komentarz