Mrozoodporność i odporność na choroby grzybowe

Pan Jacek Zwoliński wyszperał w przepastnych głębiach internetu artykuł opublikowany w biuletynie z roku 1997, Ogrodu Botanicznego w Chicago. Artykuł ten zawiera omówienie obserwacji przeprowadzonych nad zachowaniem się 51 odmian róż. Trzydzieści z nich to były  English Roses Austina, pozostałe to mieszańce kanadyjskie. W trakcie tego eksperymentu, przez 5 lat obserwowano te dwie grupy róż pod kątem mrozoodporności, odporności na choroby grzybowe i odporności na uszkodzenia owadów.

Problem został zdefiniowany już dawno. Profesor Griffith Buck określił to dosadnie: jak róże będą sprawiały dużo kłopotów, ludzie przestaną je uprawiać. Dzięki uświadomieniu sobie tego problemu przez większość hodowców, zaczęto zawracać z błędnej drogi, rzekłbym ślepej uliczki jaką było masowe produkowanie entego wariantu odmianowego mieszańca herbatniego, który nikogo nie mógł zadowolić poza samymi producentami. To na tym bezmyślnym klepaniu kolejnych Kasiek Zosiek i Marysiek wyrosła fortuna Meillandów, Kordesów i Tantau.

Hodowcy kanadyjscy nie stawiali przed sobą jakichś wielkich zadań. Po prostu chcieli przesunąć bardziej na północ granicę uprawy róż. Buck, z charakterystycznym dla Amerykanów pragmatyzmem stwierdził, że zajął się tematem zwiększenia odporności mrozowej królowej kwiatów, ponieważ nie mógł patrzeć jak jego babcia corocznie mordowała się okrywając pnące róże.Wilhem Kordes, który wiele zrobił dla poprawy mrozoodporności poprzez stworzenie rosa kordesii, też nie przejmował się problemem podwyższonej mrozoodporności poprostu rozwiązał pewien problem hodowlany. Austin, definiując swój program hodowlany poprostu chciał stworzyć pomost pomiędzy wielkimi dokonaniami hodowców dziewiętnastowiecznych i współczesnymi osiągnięciami. Dał XIX wiecznym pięknościom dar powtórnego kwitnienia, poszerzając ich paletę kolorystyczną. Podwyższona odporność mrozowa Austinek przyplątała się bowiem przypadkowo, podobnie jak słynny zapach mirry. Po co bowiem Anglikom róże o podwyższonej odporności mrozowej skoro na wyspach praktycznie nie ma mrozów?

Trochę inaczej przedstawia się sprawa z odpornością na choroby grzybowe, a zwłaszcza czarną plamistością. Tu już sami hodowcy sami zauważyli, że przegięli. Żaden świadomy tego co robi rosomanes nie kupi odmian choćby najpiękniejszych jeżeli ich defoliacja z powodu chorób grzybowych już w czerwcu jest w pełni dokonana. Ja , takie odmiany poprostu wykopuję i wyrzucam. Tak więc pomimo tego, że dziś spółki prawa handlowego, które między innymi zajmują się hodowlą nowych odmian jak meilandy czy kordesy, ale też np. sprzedażą  środków ochrony roślin /i nie widzą w tym nic dziwnego/, tak więc te firmy też zaczęły bardziej baczyć na to by zminimalizować ochronę chemiczną. Pomijam tu rosnącą świadomość ekologiczną, która jest ważna jedynie dla jej ideologów. Poprostu projektanci zieleni nie zaproponują nasadzeń z nieodpornych roślin, gdyż ich dzieło po roku dwu stało by się kulawe. Pamiętajmy , że to nasadzenia masowe są głównym odbiorcą  produkcji szkółkarskiej, nie rosomaniacy. Ci są dla nich co najwyżej utrapieniem. Tak więc po krótkim okresie szczęśliwości gdy to dla ważnej firmy szkółkarskiej było obojętne czy sprzeda więcej róż czy fungicydów/ bo ważny przecież był  przede wszystkim zysk/, zaczęto brać się za rozwiązywanie problemów odporności na choroby grzybowe.

Po tej dygresji będącej próbą zdefiniowania problemu wracam do opisu eksperymentu.

Tak więc posadzono 153 krzewy, po trzy każdej odmiany. Nie okrywano ich w żaden sposób, nie stosowano środków owadobójczych ani fungicydów. Z zabiegów pielęgnacyjnych stosowano tylko przycinanie sanitarne oraz usuwano opadłe liście. W czasie eksperymentu spadki temperatur nie były nadzwyczajne. W dzień dochodziły do -24ºC, natomiast nocą do -30ºC.

A więc, które odmiany róż najlepiej nadają się do ogrodów środkowego wschodu USA? Jeżeli weźmiemy pod uwagę tylko zimotrwałość ,to prawie każda odmiana w ocenie tego eksperymentu jest odpowiednia. Zimowe straty były niewielkie, ponieważ tylko dziewięć  roślin  z 153  nasadzonych zostało zabitych przez mróz w ciągu sześciu lat. Angielskie róże okazały się odporne  ponad wszelkie oczekiwania. Wprawdzie wszystkie zmarzły do ziemi/linii śniegu/ w niskich temperaturach- do -30C –  z 1994 r., ale połowa odmian niby to mrozoodpornych róż z Kanady, również przemarzła do linii śniegu.    Zimotrwałość sama nie może być jedyną podstawą oceny wartości odmiany.  Urok angielskich róż jest niezaprzeczalny, ale  poważna podatność na czarną plamistość zmniejszyła ich wartość jakość jako roślin ozdobnych. Zimoodporne  róże z Kanady nie tylko miały również atrakcyjne kwiaty, ale w większej części przypadków wykazywały większą odporność na czarną plamistość.

Wyniki tych obserwacji są dla mnie wielkim zaskoczeniem. Otóż jeżeli chodzi o mrozoodporność to mieszańce kanadyjskie nie odbiegają znacząco in plus od English Roses. Pomijając przypadki wypadania krzewów których to przyczyną nie musiały być wcale uszkodzenia mrozowe, to połowa róż kanadyjskich przy mrozach nie przekraczających -30c zmarzła do linii śniegu. Z róż Austina wszystkie zmarzły do gruntu. Przy czym zdecydowana większość z nich dobrze regenerowała.

Jeżeli natomiast chodzi o odporność na choroby grzybowe, to tu już mieszańce kanadyjskie były zdecydowanie górą. Tak jak u róż angielskich tylko niektóre wykazały się wystarczającą odpornością, tak w przypadku kanadyjskich tylko niektóre były porażane.

Tak mrozoodpornością jak i odpornością na choroby grzybowe – co nie jest chyba dla nikogo zaskoczeniem – wykazały się odmiany będące mieszańcami rugosy.

Odmiany róż, które nie doznały żadnych uszkodzeń mrozowych to: „Assiniboine”, „David Thompson”, „Henry Hudson”, „Jens Munk”, „John Davi s ‚,’ Martin Frobisher ‚,’ Blush Morden” „Morden Fireglow, Rosa rugosa” Albo-Plena ” i ” Winnipeg Parks „.

Zgodnie z całościową oceną tak odporności mrozowej jak i odporności na choroby grzybowe, najwyższe noty z róż angielskich otrzymały : Lucetta, Reeve, Constance Spry.

Najlepiej ocenione róże kanadyjskie to: Assiniboine, Henry Kelsey, Jens Munk, John Davis, Champlain,William Baffin.

Wszystkich, którzy chcą zapoznać się z całym artykułem , podaję link: http://www.chicagobotanic.org/downloads/planteval_notes/no11_shrubroses.pdf

2 komentarzy do “Mrozoodporność i odporność na choroby grzybowe”

  1. Jacek napisał:

    Mam wrażenie, że artykuł, nawet przeczytany w oryginale w całości, wymaga pewnego komentarza, bowiem większość mieszkańców Polski nie zdaje sobie sprawy z ogromnej różnicy między naszym klimatem, a klimatem Chicago.

    Chicago leży w klimatycznej strefie 5, podczas gdy niemal cała Polska – w 6, a jedynie skrawek suwalszczyzny w 5. To jednak nie obrazuje różnicy w sposób dostateczny. W innym artykule dostępnym na stronie tego samego uniwersytetu, w którym oceniano przydatność różnych gatunków dzwonków do uprawy w okolicach Chicago – oceniono, że dzwonek brzoskwiniolistny (c. persicifolia) nie nadaje się do uprawy w tamtejszym klimacie, bowiem regularnie wymarza (będąc rośliną kłączową, tym samym nieźle chronioną). Otóż ten dzwonek rośnie sobie dziko w Puszczy Augustowskiej (nasza strefa 5) i na pewno nigdy nie marznie.

    Dodatkowa różnica klimatu ujawnia się latem. Tamtejsze lato jest znacznie bardziej gorące, a na dodatek – bardziej wilgotne niż nasze. Jest to klimat wybitnie sprzyjający czarnej plamistości. Dlatego wiele odmian róż uznanych w warunkach amerykańskich za zbyt wrażliwe na tę chorobę – w warunkach eurpejskich może być uznana za dość odporne.

    Ponadto czytając artykuł trzeba sobie zdać sprawę z celu, jakiemu służył. Oceniano róże pod kątem całkowitej bezobsługowości, także w zakresie cięcia, przywiązywania itp. Tymczasem w warunkach amerykańskiego długiego i ciepłego sezonu wegetacyjnego róże wydają jeszcze dłuższe przyrosty niż u nas, które następnie pokładają się pod ciężarem kwiatów. Niewiele jest róż, których nie trzeba ciąć ani wiązać. Jeśli się tego nie robi – uzyskuje się splątany gąszcz pędów. Stąd chyba wzięła się część niezbyt pozytywnych ocen w artykule.

  2. Ewa Miszczak napisał:

    Mam róże w ogrodzie od prawie 20 lat, sadziłam je wiosną, jesienią i w trakcie całego sezonu. W tym roku planowałam dokupić dwie odmiany, ale mimo, że pora sprzyjająca – jesień i wybór towaru w szkółkach, coś mnie tknęło i ciągle powstrzymuje przed kupnem. Ziemia co prawda jeszcze nie zamarzła, ale jest jakoś tak zimno i pracując w ogrodzie szóstym zmysłem czuję, że okoliczności przyrody w jakiś dziwny sposób nie sprzyjają sadzeniu, przynajmniej w mojej okolicy. Czy lepiej poczekać na wiosnę?

Napisz komentarz