Z życia róż w małym miasteczku nad Bugiem

Rok 2010. Gdy w pierwszej połowie czerwca buszowałem po południowej Francji „inwentaryzując” wszystkie napotkane róże z przeznaczeniem na ilustracje do encyklopedii by mieć co robić w długie i smutne miesiące zimowe – córka napisała mi meila cytuję: „ogród bucha kolorami i zapachami róż”. Wtedy też uświadomiłem sobie: co ja robię najlepszego, przecież on już drugi rok z rzędu bucha zapachami i kolorami nie dla mnie gdyż ja się włóczę gdzieś po świecie miast podziwiać to czym mnie Bóg obdarzył tu , na miejscu. ” Nie dla mnie już przy wannie…”

Niestety, ale to co najpiękniejsze w tym roku przegapiłem. Rok był… no, jaki był ten rok?. Początek nieciekawy, silne mrozy -29 do -30C zlikwidowały mi wszystkie pnące a precyzyjniej mówiąc to co wystawało nad pokrywę śnieżną. Padła Dorothy Perkins która sprytnie wykorzystała chwilowe ocieplenie i wyrosła mi nad dach domu kwitnąc jak oszalała non stop do grudnia. Wieszałem jej zmrożone kwiatki na choinkę. Ściął mróz również New Dawn. Gigantyczny krzew , który załamał mi pergolę został skutecznie zredukowany co pozwoliło bez kłopotów odbudować podpory. Albertine, zapewne z litości dla mnie, wydała kilka kwiatuszków na pędzie który gdzieś się zaplątał w chwastach i pod okrywą śnieżną nie przemarzł. Podobnie Francois Juranville. Ale już Alberic Barbiere nie dał ani kwiatuszka.Takoż Alchymist. Nie poradziła sobie też American Pillar, chce powiedzieć, że po zimie 10/11 gdy to we Włodawie maxymalny spadek temperatury  to -16c – też przemarzła. Również Himalayan Musk i Kitsgate. Jako premię nadzwyczajną po zimie dostałem za zadanie usunięcie zabójczo uzbrojonych po zęby ich przemarzniętych pędów. Najgorsza jest Albertine.Tak przy okazji, to co zrobić z pędami Himalayan, które polazły parę metrów na drzewo. Tym razem zostawiłem je tam w diabły. Ale ile razy mogę taki cwany manewr wykonać. Jak usunąłeś to co z nimi zrobisz koteczku? Nie było wyjścia , kupiłem sobie maszynę do mielenia. Ale ucierpiały nie tylko pnące. Wiele odmian zostało w sposób istotny zredukowanych we wzroście. na ten przykład Ballerina, Mozart, Claire Matin. Żadna z remontantek nie wytrzymała tych mrozów, odbijały więc od powierzchni okrywy śniegowej nie skarżąc się zbytnio. Z burbonami już było gorzej. Nim odbiły, zeszło im trochę czasu i skończyło się na jednym dużym kwitnieniu.Nawet Baron Ain który w ubiegłym roku kwitł prawie non stop w tym skończył na jednym kwitnieniu. Z burbonów najmniej ucierpiała Madame Isaac Pereire, najbardziej Zefirynka.

To nie koniec kłopotów. Moim rugosom widocznie bardzo się w ogrodzie podobało/gdzie im się zresztą nie podoba?/ więc musiałem poskromić ich apetyt na przestrzeń. Pędy więc były wycinane i mielone – tak przez cały dzień.

Ale ostra zima miała też swoje zalety. Szlag trafił czarną plamistość. Wykonałem tylko dwa opryski prewencyjne, preparatem siarkowym tiotar i amistarem i czarna plamistość pojawiła się dopiero w pierwszej połowie września. Dość mokre lato pozwoliło mi zapomnieć o podlewaniu. To też istotny moment.Chwilowe , szaleńcze upały około 35C nie zaszkodziły im specjalnie. W każdym razie skarg nie odnotowałem.

Bardzo boleśnie odczułem brak kwitnienia Alchymista i ogólnie brak akcentów pionowych w ogrodzie po redukcji róż pnących przez mróz. Muszę pomyśleć o jakchś prawdziwie odpornych na mrozy większych odmianach.Poszperam w internecie za Nordland Rose Geschwinda. Taką nadzieję daje też Lykkefund, który choć roczniak w ogóle na mrozy się nie uskarżał. Nie uskarżały się też Galijskie i one to dały ów pokaz zapachu i kolorów w czerwcu. Potem przyszła pora na mieszańce herbatnie. Jak zawsze i niezawodnie pokazały co potrafią a że nie nękała ich czarna plamistość były w swoim żywiole. Cudownie kwitła – po raz pierwszy od kilku lat Madamme Meilland. Korzystając z gorących dni lwi pazur pokazał ciepłolubny Papa Meilland. Któż potrafi tak pięknie pachnąć jak on! Chyba tylko General Jacqueminot. W roku ubiegłym szalała Queen Elizabeth , która jak wyczytałem u Harknessa potrafi osiągnąć nawet 5m !konkurując z Chopinem o laur wzrostu. W tym roku nieco przycichła. Zapewne zbiera siły na rok przyszły.

A co słychać u pięknych angielek austinek? Nie najlepiej mocium panie, nie najlepiej. Taki Charles Austin w roku ubiegłym czarował latem i jesienią choć go nękała czarna plamistość. Tym razem odpoczywał, zakwitł tylko raz. Chyba nie lubi zbyt głębokiego cięcia jakie musiałem mu po tej ostrej zimie zafundować. Othello natomiast wprost przeciwnie. Kwitnie nad podziw obficie, odnotowuję już chyba trzecią falę. Podobnie jak Szekspir. Kapelusze z głów przed mistrzem/Szekspirem/. Wprawdzie kwitnienie rozpoczął dośc późno, to jednakże potem raczył nas pięknymi kwiatami cięgiem przez całe lato. A jak naszły trochę chłodniejsze dni to kwiaty przekraczały i 12cm średnicy.Cudownie przezimował L.D.Braithwate i pięknie kwitł a i do końca września nie ma śladów choroby. Dzielnie się też sprawował Pilgrim. Nadal nic dobrego natomiast nie mam do zakomunikowania o Grahamie Thomasie czy Abrahamie Darby. Nie spisała się też Golden Celebration – a szkoda bo kocham jej kwiaty.

W tym roku ,korzystając z uprzejmości Pani Magdy Jarszak, wiosną posadziłem grupę mieszańców piżmowych . Były to póki co nieśmiałe próby kwitnienia, gdyż na prawdziwe efekty trzeba będzie jeszcze ze dwa lata poczekać, ale już dziś mogę powiedzieć, że Penelope i Bouquet Parfait zrobiły na mnie jak najlepsze wrażenie.Zwróciłem też uwagę na ich niesamowitą witalność. Termin wiosenny nie jest najlepszym terminem do sadzenia róż, jednakże one wyglądały tak jak gdyby w ich życiu nic istotnego się nie wydarzyło.

Gwiazdą lata była dla mnie Bonica. Cały czas w kwiecie , bez chwili wytchnienia zabiegała o naszą uwagę . I otrzymywała ją.

Firma Oczarjk dała na rynek trochę amerykańskich nowości. Zapowiadają sie rewelacyjnie. Jeżeli to się powtórzy w roku przyszłym, będę je rekomendował wszystkim amatorom. Są to propozycje nietypowe, kwiaty mają pojedyncze, zdrowe i kwitnące non stop. Szczególnie ujęła mnie swą urodą Star Profusion i kwitnąca prawie non stop Home Run.

Zbliża się pora zakupów. Okazuje się, że największym problemm jest nie co kupić ale gdzie posadzić. Nie ma zakątka ogrodu gdzie by nie rosły róże. Zastanawiam się nad usunięciem niektórych. O jakich myślę? Nie sprawdza się Haendel,(ostatecznie sam zamarł) Barbara i La France. Marnie rośnie Kleopatra choć ma śliczne kwiaty i nie ma też za wielkiej pociechy z Queen of Bermuda.

Piszę pod koniec września. Do końca roku zapewne w mojej rodzinie różanej jeszcze się wiele wydarzy. Nie omieszkam o tym poinformować. A może zechcą Państwo powiedzieć co też słychać u kuzynów w innych częściach Polski?

Dodam jeszcze listopadowe post scriptum. Korzystając z pięknej pogody i dodatkowego czasu jaki w ten to sposób  otrzymałem postanowiłem okryć pnące. Wszystkie bez wyjątku. Metodę przyjąłem brutalną. Zdejmowałem pędy z podpór i kładłem je na ziemi przygniatając kamieniami a okrywałem tym co było pod ręką . Darnią, tekturą, jakimiś kawałkami wełny mineralnej, czym popadło. Na wiosnę powiem co z tych ad hoc obmyślonych metod się udało. Zaskoczyła mnie jeno duża giętkość pędów i ich podatność na przyginanie. Stąd rada praktyczna . Sadźmy swoje klimbery i ogólne ciepłolubne – ukośnie, tak jak zaleca się sadzić pienne. Będzie je można z łatwością i bez strat przygiąć.

A teraz pora na zimowy sen.

A otóż i wiosna. Zima w tym roku zima była niezwykle łaskawa. Temperatura nie przekroczyła -16c. Ciekaw jestem wielce co po takiej zimie mimo wszystko przemarzło. Wieści od czytelników nie są dobre. Wynika z nich, że róże Austina w większości mają odporność mrozową na poziomie floribund i 5 strefa usda jeżeli jest prawdą to tylko w stosunku do niektórych. U mnie dobrze tą lekką zimę zniosły:

Cottage Rose – cięcia tylko  prowadzące do skrócenia pędów

Mary Rose, L.D.Braithwaite , Szekspir i chyba Othello i Winchester Cathedral – cięcie ostre , ale w normie.

Reszta cięcie jak u mieszańców herbatnich. co nie wróży dobrze kwitnieniu.

Pisałem wcześniej, że położyłem pnące. Świetnie ów zabieg zniosły, dlatego też jeżeli ktoś się na taki zabieg zdecyduje to radzę się nie cackać i nie płakać nad jakimś złamanym pędem.Złamany pęd to nie złamane serce. Przebolejemy. Jak to się przełoży na kwitnienie – zobaczymy niebawem.

Mieszańce wichury. To też cacane towarzystwo. Jak okryłem Alberic Barbiere to dobrze . Nawet łatwa robota bo pędy ma giętkie. Ale Juranville zostawiłem w spokoju to zmarzł. Jak widać nie mają zbyt dobrej odporności. W takim razie wolę już pnące sporty mieszańców herbatnich. Odrosną i zakwitną.

Burbonki. Z nimi to różnie. Jeszcze nie wyczułem jak reagują na chłody.

Nowe mieszańce. Tzw.  krzewiaste. Zachowanie analogiczne do angielek. Pewnie produkowane wg. tej samej receptury.Widać, że odporniejsze od mieszańców herbatnich, ale dla nas to za mało.

Remontantki i portlandzkie. Niezwykle pozytywne zaskoczenie. Są delikatniejsze jak np. Baron Rotschild, ale Frau Druschki, Reine Victoria czy Reine des Violletes – przetrzymały bez problemu.Podobnie i Cartier.

Największym zaskoczeniem in minus była dla mnie postawa mieszańców piżmowych. Zbyt delikatne. Tak jak i lambertiany.

Powoli kończy się już lato 2011. Mokre i jak to w naszym regionie mówią „przykropne”.  To idealna okazja na test odporności na czarną plamistość. Pewne wnioski można już formułować. Powiem ostrożnie. Moje tegoroczne faworytki to:

Nostalgie – ani śladu chorób, wygląd jak panna przed balem

Nina/ ta Poulsena/ – w sumie  odmiana nijaka ale zdrowie żelazne. W roku 2013 wypuściła pędy długości 250cm, jak kliber.

Marie Antoinette, po wiosennych kłopotach pięknie kwitnie i nie choruje

Deep Impresion, Sekel, Rhapsody in blue, Ascot, Leonardo da Vinci, Marie Louise. Dalej Home run, Star Profusion- to z nowości.

Ze starszych pokazuje klasę  Frau Karl  Drushki, Bonica,Ena Harkness, Mount Shasta, Gruss an Aachen, Flamentanz, Lovly Fairy, Fairy Dance, Elfrid.

Z angielskich tak naprawdę tylko Cottage rose i Pilgrim. Z pewnym wahaniem dodałbym jeszcze Szekspira

O dziewiętnastowiecznych nie mówię bo są klasą samą w sobie, nawet nie robię im oprysków.

No nie jest tak źle…

Przełom roku 2011 i 2012. Dziwna zima, pierwszy śnieg tak naprawdę spadł 14 stycznia 2012. Pal go sześć , ale brak ujemnych temperatur spowodowało wyraźne nabrzmienie pąków kwiatowych u wielu odmian. Źle to wróży szczególnie tym co to kwitną raz i nie są dostatecznie mrozoodporne.Myślę tu zwłaszcza o pochodnych od rosa gigantea. Nie wiem co będzie z himalayan musk i im podobnymi.

Nic nie napisałem o poprzednim sezonie. Może coś wyjdzie teraz. Zimę 2012/2013  będę długo pamiętał. Pierwszy śnieg spadł na początku grudnia a ostatni około 4 kwietnia. Piszę te słowa 9 kwietnia a śniegu w ogrodzie jest miejscami jeszcze około pół metra. Mrozów za to nie było specjalnie silnych. Największy spadek temperatury to -17 c. Dobrze wróży to kwitnieniu.

Kończy się listopad 2013 i kolejny problem. do tej pory nie było przymrozków. Jestem tym poważnie zaniepokojony jako, że róże zaczęły wypuszczać nowe pędy, wznowiły wegetację. Zapobiec temu nie umiem. Nie wiem też co miałbym powiedzieć czytelnikom, jak to wpłynie na mrozoodporność.

Marian Sołtys

Post scriptum w odpowiedzi na post Pani Kicińskiej.

Pnące okrywam trzeci rok z rzędu a więc doświadczenie w tej materii jest zbyt małe by coś wyrokować ogólnego.

Dwa lata temu była zima za spadkami temperatury do – 26c i skuteczność okrywania była stuprocentowa

Rok temu, minimalna temperatura to -16c i można powiedzieć, że robota darmowa.

W tym roku co będzie – to się okaże. Okryłem jedynie jedliną.

Tak więc wnioski/jeżeli można/ da się wyciągnąć jedynie w tym pierwszym przypadku.

Czego jestem pewien. Jest to czynność brutalna ale prosta i róże się z nią godzą. Niektóre odmiany z całą pewnością są tego warte jak np. Alchymist. Inne ,jak mieszańce piżmowe, okrycie odpłacą powtórnym lub ciągłym kwitnieniem i rozbudowanymi krzewami. Róże Austina zareagują obfitszym kwitnieniem , ale i rozrostem krzewów nawet do form klimberów, okrywanie coś daje ale nie jest konieczne. Konieczne jest tylko w przypadku pnących raz kwitnących jak np mieszańce wichury. Klimbery mieszańców herbatnich – nie zalecałbym. Jak będę miał wystarczający materiał, to z pewnością coś na ten tema skrobnę.

I ostatnia uwaga. Każdy winien sobie sporządzić listę tych odmian, na których mu szczególnie zależy i na nie chuchać. Sensowniejszym wydaje się jednakże taki dobór odmian, który nam zaoszczędzi tego typu jałowych zajęć. A możliwości są coraz szersze.

 

Rok 2013.

W nazwie jego widnieje bezczelnie trzynastka. Niby człowiek w takie głupstwa nie wierzy ale jak Skaldowie śpiewali  „: życie jest formą istnienia białka, ale w kominie coś czasem załka…” Już zima zapowiadała niezwykłe wydarzenia. Do irytacji doprowadzał mnie fakt, że róże okryłem/ z nudów/ a mrozy nie nadchodzą. No i nie nadeszły, cała robota na darmo. U mnie, w ogrodzie najniższa temperatura jaka się objawiła to -16C. Oczekiwałem więc cudów w kwitnieniu, ale doczekać się nie mogłem bo ta nędzna zima nie mogła się skończyć. Za słaba była by wymrozić i za słaba by się wynieść. I tak dogorywała w nieskończoność. Za to jak już poszła, to wszystko zaczęło się dziać jak  na przyśpieszonym filmie. Pierwsze dały znać o sobie komary, których nie zmogły mrozy których nie było. By móc cokolwiek w ogrodzie robić, zacząłem od oprysków na komary i meszki. Niestety pomogło na bardzo krótko. Nachodzące nas deszcze za deszczami, wszystko zmyły.  Koniec końców zacząłem poruszać się po ogrodzie z siatką na karku. Jak na Syberii. Bez repellenta ani rusz. Któregoś razu zachodzę do sklepu ogrodniczego a tam proponują mi preparat za jedyne 40 zł. Nieco się zdziwiłem, ale sprzedawca zamiast obniżyć cenę zareklamował, że wędkarze go chętnie biorą bo długo działa. Po krótkotrwałych upałach znowu ulewy i nękające deszcze. Nawet grad się zdarzył. Wprawdzie jeszcze nie widzę porażeń czarną plamistością ,ale postanowiłem zrobić oprysk prewencyjny. W taka pogodę – myślę sobie – nie zaszkodzi. Oczywiście nie zaszkodzi ale okazuje się też ,że nie pomoże bo nie mogłem wcisnąć się z opryskiem. Nie było wszakże dnia bez deszczu.

Nie mogę pominąć moich użalań nad estetycznym aspektem całej sprawy. Po co wszakże uprawiamy nasze róże? Dla wrażeń estetycznych. Jakże się nimi jednakże delektować gdy to nie ma kiedy. Gdy tylko kwiaty podniosą się po ostatniej ulewie już następna idzie.W końcu nie było wyjścia. Zacząłem wstawać o 4 rano. Żona odnotowała to jako fazę rozwojową nowego zboczenia. Zauważyłem że zaczynam stąpać po kruchym lodzie. Ratowały mnie tylko wyjątkowe doznania estetyczne będące skutkiem wyjątkowo obfitego i bardzo bogatego kwitnienia.  Szkoda tylko , że nie można oczu na zapas napaść bo nie wiadomo kiedy taka druga okazja się trafi.

Tak oto zmierzałem bystrym krokiem do końca czerwca a nigdzie w tym roku nie wyjeżdżałem. Koniec końców kolega namówił na wyjazd do Forst. I tu pierwsze zaskoczenie. Spodziewałem się jedynie parku krajobrazowego a tu wspaniałe rosarium . Niezwykle estetycznie prowadzone, wspaniale i z rozmachem zaprojektowane. No – Europa. To jeszcze skok do Drezna. Wszak tak blisko a na planie miasta napisane jak byk -  Rosengarten. I tu siurpryz. Założenie ogrodowe miernej klasy a róże nieopisane. Na dokładkę powódź jak nawiedziła Drezno  zalała ten położony nad brzegiem rzeki ogród gdzieś do 1,5 m wysokości. W więc kicha. Nie  będzie fotografii róż wyhodowanych w DDR. Strona internetowa owego drezdeńskiego Rosengarten po prostu obiecuje więcej niż jest w rzeczywistości. Po obejrzeniu więc miasta i bajecznych zbiorów muzealnych, które Sasi zgromadzili wykorzystując funkcję króla Rzeczpospolitej /przez skórę czuję, że trochę to nasze/ – jedziemy do Pragi. Tam wszakże na wzgórzu Petrin też reklamuje się ogród różany. Nie dajcie się jednakże zwieść pozorom. Zwyczajnie zgromadzono róże typu róże i kazano im udawać rośliny ozdobne. Mimo pewnego, specyficznego rozmachu efekt mizerny. Tak więc kolejna porażka. Dopiero wizyta w arboretum Wojsławickim /…swego nie znacie…/ ukoiła serce me. Róż tam wprawdzie nie za wiele, ale kolekcja 2000 odmian liliowców ułożona w trzy ponad kilometrowej długości aleje – na każdym zrobi oszałamiające wrażenie. Tak wielkie, że niebawem zamieszczę z 500 fotografii tych piękności.

Rok 2014.

Pogoda uparła się, że musi być oryginalnie. I było. Praktycznie tylko jeden dzień ze spadkiem temperatury do -20c i od połowy lutego wiosna. Świetna okazja by spojrzeć, które z odmian nie są zbyt czułe na jej zaloty i niewzruszenie czekają na właściwy moment by rozpocząć wegetację. Niewiele ich. Jeżeli dobrze  obserwowałem to tylko Fantin Latour i Hannabi na koniec marca jeszcze czekają na wiosnę. Najbardziej za to pośpieszyły się te od multiflory.

16 komentarzy do “Z życia róż w małym miasteczku nad Bugiem”

  1. Agnieszka Puchowska napisał:

    Ze wszystkich moich niezabezpieczonych na zimę róż tylko jedna poddała się – Fishermans Friend. Jedynie jego podkładka żyje.
    Pozostałe po wycięciu przemarzniętych szczątków radziły sobie jak mogły. Najlepiej wychodziło to czterem krzaczkom Europeany, Warwick Castle, Kardynałowi Richelieu,Marie Antoinette i Rhapsody in Blue. Oraz jakiejś nieznanej pnącej.
    Marne były Virgo, Kristall,Mount Shasta,Gloria Dei i Hocus Pocus. Poprawiły się na jesień Friesia i Charles A. Graham Thomas przeciętnie,ale on ma chyba troszkę za ciemno.Plamistość nikomu w sposób widomy nie zaszkodziła,nawet Europeanom, zazwyczaj już łysym o tej porze.

  2. admin napisał:

    Przymawiam się o fotografie Warwick Castle. Nie mam jej bowiem. Jak sprawuje się Hocus Pocus? Trzyma owe stripes? Bo różnie to z nią bywa. Pozdrawiam!

  3. Agnieszka Puchowska napisał:

    U mnie Hocus prawie całe czarne kwiatki ma,bardzo ciemno pąsowe z lekką sugestią stripes tu i ówdzie ;)
    Krzew kondycji ogólnej miernej.

  4. Agata napisał:

    Ciekawa jestem, co to za miasteczko nad Bugiem i czy dalej na Wschód niż Brok, w którego okolicach rosną moje róże. Zima tu bywa często mroźna i bezśnieżna, róże często przemarzają, stąd moje pytanie – ciekawa jestem, czy taimponujaca kolekcja, którą Pan opisuje rośnie w podobnych warunkach co moje skromne zbiory.

    W tym roku istotnie Alchymist bez kwiatów, poza tym wszystkie, poza dzikusami przemarzły do kopczyków, choć odbiły i kwitły. Ładnie się sprawdziła posadzone rok temu Stanwell Perpetual , cudowne kwiaty cały sezon, bardzo zdrowa roślinka. Tak też Pink Nevada, która zapowiada się na wielki krzew i wbrew informacjom katalogowym że kwitnie tylko raz zaskoczyła mnie powtarzaniem. Tak naprawdę to cały sezon miała mniej lub więcej kwiatów!
    Balerina i Mozart, ładnie kwitły, choć wiele nie oczekiwałam pokrzewach sadzonych na wiosnę.

    Wczoraj wzięłam wolny dzień w robocie, pojechałam na wieś i posadziłam 16 róz. Sześc Bonic (spodziewam się cudów), 5 Elmshornów i 6 Alanów (brakowało mi takich zwykłych czerwonych rabatówek, mam jednak wątpliwości co do pokroju, ze zdjęć wynika, że taka roztrzepana rośnie).

    Serdecznie pozdrawiam

    Agata

  5. pawlak napisał:

    A ja myślałam że tylko mój Alchymist nie zakwitł w tym roku

  6. Agata napisał:

    Może i nie kwitł, ale za to miał wspaniale bujne, dwumetrowe pędy. Teraz będę sobie przez okno patrzeć jak przemarzają (jeśli istotnie będzie zima stulecia), bo drania całego nie dam rady okryć. Nauka: Alchemik cudny, ale po ciepych zimach. Witalny i zawodny.

  7. Ewa Jarmulak napisał:

    Czytając powyższe posty widzę dopiero, jak wielka różnica jest między wschodnią a zachodnią Polską pod wzgledem mrozoodporności róż. Po ostatniej zimie ponad 3-metrowe pędy Grahama Thomasa kwitły na całej długości, czego nawet się nie spodziewałam. Pnące Kordesy również. Podobnie rambler Veilchenblau. Kilka pędów lekko podmarzło tylko u New Dawn. Z całej reszty (kilkudziesięciu odmian) do poziomu gruntu przemarzł jedynie Westerland. Wielkokwiatowe Tantau zaskoczyły odpornością. Te wyniki zachęcają do eksperymentowania na zachodzie kraju z bardziej wrażliwymi odmianami.
    Idąc za radą Pana Mariana, położyłam moją jednoroczną ale 2-metrową Gloire de Dijon na ziemi i przysypałam liśćmi. Teraz z wielką nadzieją czekam na efekty. :)
    z pozdrowieniami
    Ewa

  8. Agata napisał:

    Czy mi się zdaje, czy nie napisał Pan jeszcze o odmianie Bonica 82? Czy to taka skromna i powszechna róża, że nie zasluguje? Ja mam bardzo pozytywne doświadczenia, to jedna z niewielu róż, która dobrze rośnie i kwitnie na kamienistej glinie, w górach, na terenie uznanwanym przez sarny za bar sałatkowy. Na jesieni posadziłam kilka w drugim ogrodzie, na skrajnie suchych piachach, w rejonie zdesarnizowanym, ale za to ze srogimi, bezśnieżnymi zimami. Zobaczymy, jak sobie poradzi. Bardzo czekam na Pana opis…

  9. admin napisał:

    Pani Agato, proszę zerknąć do opisu Bonica

  10. Szuberska napisał:

    Północna Wielkopolska czyli teoretycznie zachód-po zimie nie muszę ciąć tylko róż historycznych.Reszta jak róże rabatowe cięte przy ziemi. .Już nie będę testowała mrozoodporności tylko okrywała wszystkie.
    Pozdrawiam

  11. gubała napisał:

    Póki pędy były pod śniegiem, to było ok.
    W styczniu przyszła odwilż, śnieg stopniał, a potem pojawiła się fala mrozów.
    I znowu nic nie będzie z Alberic Barbier, Grahama Thomasa, Westerlanadów.

  12. Maja Zamroch napisał:

    Witam,w kujawsko-pomorskim to samo niestety.Thomasy przemarznięte do gleby,jak pomyślę o cięciu,serce mi się kraje,bo one wyglądają najpiękniej przycięte na wiosnę o 1/3…

    Pnące przy pergolach były owinięte włókniną i jako tako przetrzymały,ale pewna będę dopiero wtedy,gdy wypuszczą liście.

    Całkiem dobrze prezentuje się niczym nie zabezpieczony Louise Odier.

    No i oczywiście krzewy Therese Bougnet nie tknięte.

  13. W. Gubała napisał:

    No tak, Therese to chyba nic nie ruszy :)
    Ja pierwszy raz eksperymentalnie nie kopczykowałam niektórych historycznych: Splendens, Maidens Blush, Huldarlrosen, zwyczajowo też Lykkefund. Dostały tylko trochę liści i nic im nie jest.
    Pochwalę też Heritage, wszystkie pędy wyglądają na żywe.

  14. admin napisał:

    Koniec Listopada się zbliża a tu nie ma przymrozków, róże wznowiły wegetację. O przyszłych skutkach dla wiosennego kwitnienia po prostu strach myśleć.

  15. S.Kicińska napisał:

    Proszę napisać jak ocenia Pan z własnego doświadczenia kładzenie róż pnących na zimę. Czy robi pan to nadal, czy efekt wart jest wysiłku jaki trzeba w to niewątpliwie włożyć?

  16. admin napisał:

    Szerszy komentarz zamieściłem w post scriptum artykułu.Pozdrawiam.

Napisz komentarz