Czarna plamistość. Mączniak prawdziwy

Gdy nadchodzi jesień,  wraz z nią możemy się spodziewać odwiedzin wielu nieproszonych gości. Najgorsi to ci z tytułu. Jednak jeżeli ktoś myśli, że znajdzie u mnie cudowną radę i panaceum na te wredoty, to niech dalej nie czyta. NIE MA TAKICH. To tak jak z tym powiedzeniem słynnego polskiego boksera Jerzego Kuleja. Nie ma bokserów odpornych na ciosy. Są tylko źle trafieni. Nie ma róż odpornych na te dwie tytułowe choroby , są tylko róże odpowiednio zadbane.

Powszechnym jest przekonanie iż krzewy dobrze zadbane, nie porażone przez czarną plamistość lepiej zimują i nie poddają się uszkodzeniom mrozowym. Powiedziałbym, że tak , ale nie jest to zasada bezwyjątkowa. Otóż w American Rose Annual z roku 1960 roku znajdziemy artykuł Roya E. Shepherda w którym polemizuje on z tą   rozpowszechnianą a nie do końca zweryfikowaną teorią. Okazało się, że pędy zainfekowane czarną plamistością i zdefoliowane bardzo dobrze przyjęły pierwszy atak mrozów. Będąc odwodnione nie doznały znaczniejszych strat. O wiele gorzej zniosły go te pędy, które były w pełni wegetacji. Czy uprawnione byłoby więc twierdzenie, że czarna plamistość i związana z tym defoliacja sprzyja lepszemu przezimowaniu pędów. Nic bardziej błędnego! Zabójcza dla roślin jest bowiem defoliacja np. w sierpniu i wznowienie wzrostu po defoliacji. Roślina zaczyna powtórny wzrost, pędy są niezdrewniałe i przemarzają. Defoliacja późno jesienna – o paradoksie-  sprzyja wejściu roślin w okres spoczynku i zwłaszcza w przypadku wystąpienia wcześniejszych mrozów staje się naszym sojusznikiem.

Tak więc przede wszystkim prewencja. Gdy pojawiają się czarne plamy na liściach/grzyb diplocarpon rosae wolf/ lub co gorsza biały puder na pędach/grzyb sphaerotheca pannosa/, pozostaje nam już tylko woda święcona. Nie oznacza to bynajmniej iż mamy zaprzestać jakichkolwiek zabiegów. Chciałem tylko powiedzieć iż prawdziwie skuteczna jest tylko prewencja. Liść zaatakowany przez czarną plamistość jest już dla nas stracony.  Nie da się go bowiem” wyleczyć.” Mączniak prawdziwy ma u nas dwa szczyty występowania tj.czerwiec i wrzesień.

ZWALCZANIE

Liście porażone czarną plamistością usuwamy i palimy. Pędy porażone mączniakiem prawdziwym wycinamy i palimy. Opryski robimy preparatami zalecanymi do danych choróbsk trzymając się bezwzględnej zasady rotacji przynajmniej2-3 preparatów zaczynając od minimalnych przewidzianych stężeń cieczy do maksymalnych/jeżeli zachodzi taka potrzeba/.Oprysk skuteczny może być tylko profesjonalnym sprzętem o jak najwyższym rozpyleniu – nie spryskiwaczem! Opryskujemy spód liści. Dobrze jest dodać do cieczy nawóz dolistny. Uwaga na saletrę wapniową gdyż może wchodzić w interakcje z preparatem grzybobójczym!  . Z niekonwencjonalnych zabiegów, to stosowałem* sodę oczyszczaną*- nie szkodzi, nawet przedawkowana. Mączniak prawdziwy jest zawsze groźny , ale czarna plamistość w czerwcu jest niebezpieczna i źle o nas jako hobbystach świadczy, natomiast w październiku to – ośmielę się powiedzieć – problem li tylko estetyczny. A nawet jak pisałem o tym wcześniej związana z czarną plamistością defioliacja późno jesienna może się okazać naszym sojusznikiem. Nie lejmy więc bez opamiętania fungicydów we wrześniu. Szanujmy naszą planetę i siebie samych, że o kieszeni nie wspomnę.

Jest jeszcze ważna kwestia którą należy tu wyraźnie wyartykułować. Opryski prewencyjne i te interwencyjne to nie są jakieś dwie oddzielne kwestie, to dwie różne strony tego samego problemu, Opryski wykonywane w trakcie sezonu chronią nam bowiem/prewencyjnie / nowe przyrosty.  Natura ochrony chemicznej jest taka, że preparat musi być cały czas obecny na liściach by móc zwalczać zarodniki, nie pozwolić im kiełkować, jeżeli te osiądą na liściu. Opryski sezonowe uzupełniają więc substancję czynną zmywaną przez deszcze i jak gdyby „rozrzedzaną” przez nowe przyrosty masy zielonej. Zasadą powinno więc być praktycznie jednoczesne albo przemienne opryskiwanie preparatami prewencyjnymi i systemicznymi.

Nie podam nazw preparatów chemicznych – z jednym wyjątkiem. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Instytut Sadownictwa i Kwiaciarstwa w Skierniewicach, przeprowadzonych w latach 2005 i wcześniejszych – dobrze rokują preparaty z grupy strobilurynowych/najbardziej znanym przedstawicielem tej grupy jest Amistar/, którymi to możemy skutecznie chronić przed czarną plamistością  opryskując wielokrotnie bez konieczności rotacji preparatów.

ZAPOBIEGANIE

Temat rzeka. Zaczyna się już od wyboru miejsca posadzenia rośliny. Zdecydowana większość róż lubi „powietrze „. Proszę, niech każdy to zinterpretuje po swojemu. Chciałbym tu wyraźnie powiedzieć unikanie cienia jako środek zapobiegawczy przeciw chorobom grzybowym jest mitem.

Dobór odmian. Jest mnóstwo odmian wystarczająco odpornych na czarną plamistość – gorzej z mączniakiem – i te polecam tym wszystkim którzy czują awersję do zabiegów interwencyjnych. Wcześniej napisałem, że nie ma róż odpornych na czarna plamistość. Życie bezlitośnie weryfikuje jednakże wszystkie zbyt kategoryczne opinie. Nie minęło bowiem dwa lata od napisania artykułu i mam niewątpliwą przyjemność, że takie róże jak z rodziny Knock Out czy z serii Drift dają wiele nadziei.

Gleba i nawożenie. To są żarłoczne y kapryśne bestie. Wszędzie będą rosły, jeno wówczas kłopoty przewyższą pożytki i radości. Dobra gleba nie jest konieczna, ale zabezpiecza nas przed wieloma problemami z nawożeniem i nawadnianiem. Nawożenie nawozem sztucznym jest doskonałe i równie dobre jak naturalnym ale dla specjalistów, którzy robią to świadomie. Dla hobbystów i amatorów pozostaje kompost i nawóz naturalny uzupełniane – z umiarem – nawozem sztucznym. Źle dokarmiając nasze oblubienice otwieramy furtę dla choróbsk.

Przenawożenie. Broń nas przed tym Boże, to chyba gorsze od zagłodzenia. Zwłaszcza mączniak prawdziwy kocha takich przekarmionych grubasów.

Odchwaszczanie. Podstawa, gdyż poza elementem estetycznym wiele chwastów jest naturalnym żywicielem chorób żyjąc sobie z nimi w jak najlepszej symbiozie i ułatwiając ich przenoszenie. Niektóre też jak np. popularny mokrzysz podnoszą wilgotność wokół roślin.

Usuwanie zainfekowanych i przekwitłych części roślin. Te gnijąc stają się bowiem doskonałym rozsadnikiem zarodków grzybowych. Usuwamy również liście porażone, również te które opadły.  Jednakże pamiętajmy, że nawet gdybyśmy zebrali wszystkie porażone liście to i tak nie uchronimy się przed infekcją gdyż zarodniki grzyba przenoszone są na wielkie odległości z wiatrem, ale znacznie ograniczymy jego występowanie.

Opryski. One również wchodzą w zakres zabiegów prewencyjnych. Złotówka wydana na oprysk prewencyjny daje nam kilkakroć większe oszczędności nie mówiąc już o względach estetycznych. Lepiej więc wykonać jeden – dwa opryski prewencyjne niż potem nieprzytomnie zlewać rośliny fungicydami. Kiedy wykonać pierwszy oprysk prewencyjny? Odpowiedź może nam dać jedynie wnikliwa obserwacja. Korzystajmy z własnych obserwacji, które pozwolą nam kontrolować i wyeliminować te choroby.Pamiętajmy, że mamy nad nimi przewagę. Jesteśmy mobilni i inteligentni umiemy podejmować decyzje. Natomiast grzyb który powoduje nam te paskudne plamiska nie ma żadnej z tych cech. Dlatego jeżeli połączysz opisane wyżej wysiłki – ty i twoje róże wygrają z czarną plamistością.

SUPPLEMENT

Uniwersytet Tennesee Institute Agriculture, przeprowadził w trzech różnych miejscach USA badania doświadczalne w latach 2006-2007, obserwując zachowanie się 136 odmian róż. Wymienione poniżej są to odmiany, które nie wymagają w ogóle oprysków /2%/ porażonych liści, bądź wymagają ochrony ograniczonej /10%/ porażonych liści, ale nie wpływa to na kwitnienie. Oto rezultaty dwuletnich obserwacji.

Róże nie wymagające oprysków

All the Rage,Careree sunshine,CentennialGolden Eye,Good n’ Plenty,Hansa,Home Run,Island Dancer,Knock Out,Lady Elsie May,Macy’s Pride,My Hero,Palmengarten Frankfurt,Pink Knock Out,Snowdrift,Teasing Georgia,Wildberry Breeze
Yellow Brick Road,Yellow Submarine .

Odmiany wymagające ograniczonej ochrony

About Face, Belinda’s Dream, Carefree Delight, Crystal Fairy, Fairy Queen, Lovely Fairy, Memorial Day, Tournament of Roses

Ostrzegam jednakże przed bezkrytycznym przyjmowaniem do wiadomości wyników tych badań. USA to nie Polska. U nas też robione są nieśmiałe testy , ale niestety są one robione głównie na potrzeby własne naukowców i w niesłychanie wąskim zakresie. Nikt o rosarianach nie myśli.

Supplement.

Rok 2011 jest dla róż koszmarem. Ilość opadów, a przede wszystkim ich częstotliwość jest ogromnym zagrożeniem dla ich zdrowotności. Są takie okresy, że nie ma nawet kiedy zrobić oprysków. Dlatego te odmiany,które zachowały się w zdrowiu w tym roku są najlepszą rekomendacją dla siebie samych. Patrzę z podziwem na:

Nostalgie – ani śladu chorób, wygląd jak panna przed balem

Nina/ ta Poulsena/ – w sumie  odmiana nijaka, ale zdrowie żelazne

Marie Antoinette – po wiosennych kłopotach pięknie kwitnie i nie choruje

Deep Impresion, Sekel, Rhapsody in Blue, Ascot, Leonardo da Vinci, Marie Louise,  - to z nowości. Ogólnie, chciałem powiedzieć, że wszystkie róże nostalgiczne Eversa dysponują żelaznym zdrowiem.

Ze starszych pokazuje klasę  Frau Karl  Drushki, Bonica,Ena Harkness, Mount Shasta, Gruss an Aachen, Flamentanz

Z angielskich tak naprawdę tylko Cottage Rose i Pilgrim. Z pewnym wahaniem dodałbym jeszcze Szekspira

O dziewiętnastowiecznych nie mówię bo są klasą samą w sobie.

No nie jest tak źle…

Więcej na ten temat; http://eppserver.ag.utk.edu/personnel/WindhamM/2007%20Rose%20Handout.pdf

W roczniku 1965,  American Rose Annuals znajdziemy raport  autorstwa Semeniuka i Stewarda a w nim dość pesymistyczną konstatację. Doszli oni mianowicie do wniosku, że wyhodowanie odmian całkowicie odpornych na czarną  plamistość  jest praktycznie niemożliwe gdyż istnieje wiele bardzo różnych szczepów tej choroby grzybowej i odmiany odporne na jeden szczep mogą być nieodporne na inny. Dodatkowo dochodzi zróżnicowanie terytorialne i odmiany odporne w danej miejscowości mogą nie wykazywać odporności w innej.

Niezwykle interesujące świadectwo, daje nam J.H Nicolas w swojej „A Rose Odysey” opublikowanej jeszcze przed wojną. Otóż odwiedził on , miał ten niewątpliwy zaszczyt J. Pernet Duchera. Opisuje jak próbował zainteresować Perneta swoimi zmaganiami z czarną plamistością a stary mistrz ni w ząb nie mógł zrozumieć o czym też Nicolas mu nawija. I rzeczywiście, gdy Nicolas od słów przeszedł do czynów i spróbował mu pokazać naocznie o czym też mówi okazało się , że na całej plantacji z wielkim trudem znalazł jeden porażony czarna plamistością , listek . Okazało się , że zjawisko porażenia czarną plamistością u Perneta nie występowało, mimo, że on uprawiał róże w wielkim zagęszczeniu. Początkowo tą niezwykłą zdrowotność róż Perneta, Nicolas przypisywał specyficznej agrotechnice i właściwością gleby. Dziś wiemy, że brak czarnej plamistości w okręgu lyońskim wiązało się z wielkim przemysłowym zanieczyszczeniem powietrza związkami siarki. W powietrzu unosił się stale silny fungicyd. Wspominam o tym by podkreślić wagę czynników lokalnych we wszelakich uprawach.

Również Nicholas, wspomniał o studiach porównawczych jakie przeprowadzał na różach Peter Lambert, pod kątem ich odporności na czarną plamistość. Otóż Lambert doszedł do wniosku iż prawdziwie odporne/genetycznie/  na czarną plamistość są odmiany pochodzące od odmian  wiecznie i ciągle rosnących, takich jak R. bracteata, R. longicuspis, R. glomerata, R.gigantea macrocarpa, etc., są one absolutnie odporne na choroby liści.

23 komentarzy do “Czarna plamistość. Mączniak prawdziwy”

  1. Walentyna Gubała napisał:

    Bardzo dziękuję za ten temat.
    Czarna plamistość to dla mnie osobiście największy problem w uprawie róż.
    Już mogę bez marudzenia kopczykować, okrywać, potem usuwać kopczyki i okrycia, ale ta choroba wywołuje u mnie totalne zniechęcenie do róż…
    Dlatego wszelkie rady, wskazówki i podpowiedzi są dla mnie bezcenne.

  2. Marta Góra napisał:

    Świetnie napisane, gratuluję. W końcu jakiś głos rozsądku, szczególnie w kwestii nawożenia mineralnego i oprysków.

  3. sitnik napisał:

    …na mączniaka polecam 3 dniowy wodny roztwór czosnku ( 3 główki gniecionego czosnku w 5 litrach wody ) – oprysk powtarzać za 7 dni, a następnie po 4 tygodniach.
    Pozdrawiam.
    Strona REWELACYJNA !

  4. Maja Zamroch napisał:

    To może spróbuję jeszcze z tym czosnkiem…na wampiry działa,może i mączniaka przegna…

  5. Jarosz napisał:

    Dzięki za informacje.
    Mam pytanko ; Czy róże odbiją po tej ” czarnej ospie” nie mają już liści.

  6. Zwoliński napisał:

    Często pisze się, że bardzo ważnym czynnikiem w ochronie przed chorobami grzybowymi jest ochrona przed nadmierną wilgotnością powietrza i liści, dostateczne nasłonecznienie itp. Pisze się też, że choroby grzybowe atakują silniej w lata wilgotne. Nie rozróżnia się przy tym dwóch chorób: czarnej plamistości i mączniaka prawdziwego. Jest to niesłuszne podejście. O ile w przypadku czarnej plamistości woda na liściach odgrywa podstawową rolę sprawczą – w przypadku mącznaika sprawa nie jest aż tak prosta. Chcę zwrócić uwagę, że mączniak atakuje zwykle w czasie gorącej i suchej pogody, często także wczesną jesienią a nie w środku lata.

    Także pełne nasłonecznienie nie chroni przed mączniakeim. Sam widziałem w tym roku pod koniec lipca w Karwii na Mazurach nad Jeziorem Nidzkim zarośla róży pomarszczonej rosnące w suchym i słonecznym miejscu, której liście miały białe plamki wyglądające jak początkowe stadium mączniaka. Co więc spowodowało, że rzekomo całkowicie odporna róża podległa jednak infekcji?

    Czytałem na ten temat w kilku miejscach i niestety już nie pamiętam gdzie, więc nie potrafię podać referencji. Jedna z nich: http://www.klinikaroslin.com/ (ale tam akurat nie ma słowa o różach). Otóż jest kilka faktów:
    1. Stałe zwilżenie liści wodą zmniejsza ryzyko porażenia mączniakiem
    2. Jednak woda jest temu patogenowi potrzebna. Wydaje się, że infekcji najbardziej sprzyja pogoda sucha i ciepła w dzień z chłodną nocą, w czasie której liście pokrywają się rosą. Takie warunki występują najczęściej pod koniec lata, gdy noce stają się już długie i chłodne.

    I tu chyba właśnie tkwi przyczyna infekcji mączniakiem róży pomarszczonej nad Jeziorem Nidzkim. Otwarty suchy teren sprzyja silnemu ochłodzeniu w nocy (a tym samym powstawaniu rosy). Bliskość jeziora jeszcze zwiększała ilość wody w powietrzu i nasilała rosę. Efekt – porażenie rzekomo odpornej róży.

    I w moim ogrodzie w tym roku: Zephirine Drouhin, róża wra zliwa na mączniaka, rosnąca w zacienionym miejscu nie miała śladu mączniaka pomimo zaniedbań w opryskach i bardzo mokrego lata (w tym roku epicentrum letnich deszczy było w okolicach Warszawy, polecam odpowiednie opracowania IMGW). Dlaczego? A oto przyczyny (moim zdaniem):
    1. Same deszcze. Zwracam uwagę, że w czasie deszczowej pogody cykl: gorący dzień + mokra noc nie występuje
    2. Zacienienie. Na to chcę zwrócić szczególną uwagę. Jeśli róża rośnie osłonięta od góry koroną drzewa (jak u mnie) – nocne wypromieniowanie ciepła z powierzchni liści jest zmniejszone. Tym samym warunki do powstawania rosy na liściach róży są gorsze. Zwróćmy uwagę – rosa występuje głównie na terenach otwartych, nie w lesie.

    Dlatego proponowałbym nie pisać w przypadku róż wrażliwych na mączniaka, że z tego powodu mogą źle tolerować cień. Może być wręcz odwrotnie.

    Mączniak to choroba o skomlikowanych zależnościach między grzybem, żywicielem (rośliną) i pogodą. Proste recepty chyba nie są możliwe. Warto natomiast wypróbować, czy w konkretnym miejscu ogrodu porażenie występuje, czy nie.

    Przy okazji – czy ktoś coś wie na temat skuteczności oprysków rozcieńczonym mlekiem?? Nie próbowałem, ale to ciekawe.

  7. admin napisał:

    Witam!
    Piękny wpis a właściwie odrębny szkic. Sprowokował mnie Pan do przebudowy całego artykułu. Myślę, że zima będzie do tego dobrą okazją.

  8. Zwoliński napisał:

    Dziękuję

    Może napisałbym więcej, gdybym miał trochę więcej czasu…

    Mogę tylko podkreślić, że genetyczna (czytaj – całkowita) odporność na choroby jest rzeczą względną. Ja w swoim ogrodzie też się dohodowałem mączniaka na róży pomarszczonej Hansa. U mnie prawdopodobnie przyczyną było nadmierne nawożenie zarówno doglebowe i dolistne, czego te róże nie lubią. W tym roku nie nawoziłem i nie pryskałem tej róży żadnym fungicydem i śladu mączniaka nie było. Ale to wcale nie oznacza, że jestem pewien dlaczego tak się stało. Może po prostu mokry rok nie sprzyjał mączniakowi w konkretnych warunkach mojego ogrodu.

    Co do nawożenia to też osobny temat. Sądziłem, że mam dość jałową glebę i nawoziłem nawozami sztucznymi regularnie. Używałem przy tym dużo niższych dawek na m2 w porónaniu z zaleceniami z opakowania. Niestety zauważyłem, że takie nawożenie spowodowało wiele szkód wśród roślin ozdobnych (promocja chorób grzybowych, np obecnej u mnie fytoftorozy; zmniejszenie kwitnienia i inne). W tym roku nawoziłem nieznacznie i jest dużo lepiej. Ograniczyłem przede wszystkim nawożenie azotowe.

    Pozdrawiam

  9. W. Gubała napisał:

    Ja pryskam rozcieńczonym mlekiem i jestem zadowolona z efektów. Taki oprysk powoduje zahamowanie choroby.
    Muszę jednak napisać, że u mnie mączniak to rzadkość i nie mam plagi. W sumie jest to kwestia zaatakowanych końcówek pędów u kilku odmian. Nie ma więc pojęcia, jak walka nabiałem sprawdza się przy dużym porażeniu :)
    Za problem jest z plamistością, taka Zepherine D., o której wspominał pan Zwoliński, łapię ją co roku, a mączniak nie widziałam u niej nigdy.

  10. Jacek napisał:

    Wpis Pani Walentyny jeszcze raz podkreśla to, co jest najistotniejsze – lokalne warunki, których wpływ na ryzyko zachorowania jest bardzo istotny. U mnie np na Zephirine Drouhin czarnej plamistości jeszcze nie widziałem. Rdzy w ogóle nie widziałem. U mnie (biorąc pod uwagę to, że czasami pryskam) największym problemem jest zamieranie pędów zaczynające się zimą. Sprawcą jest zapewne kompleks grzybów podobnych do Botyris cinerea (sprawca szarej pleśni).

    A z mlekiem muszę wypróbować. Mleko można także traktować jako surfaktant, środek zwilżający.

  11. Jacek napisał:

    Znalazłem całkiem naukowy przepis na użycie mleka: http://www.abc.net.au/gardening/stories/s948323.htm

    W innym miejscu znalazłem radę, by nie używać mleka o najwyższej zawartości tłuszczu, bo może zatykać opryskiwacz. Ale przecież da się to łatwo umyć nalewając ciepłej wody z płynen do mycia naczyń.

    Jest tylko jeden problem – konieczność stosowania oprysków co 10-14 dni. Dlatego myślę nad tym, by użyć mleka jako surfaktantu ułatwiającego zwilżenie roślin. „Dwa w jednym.”
    Trzeba przy tym pamiętać, że brak jest badań nad łączeniem większości środków ochrony roślin z czymkolwiek innym, w tym z surfaktantami – w jednym oprysku. Takie połączenie jest zwykle możliwe, jednak trzeba mieć świadomość, że użycie dobrego surfaktanta znacznie zwiększa ekspozycję rośliny na stosowany czynnik. Szczególnie w przypadku substancji działających systemowo, dodanie surfaktantu może znacznie nasilić wnikanie środka do rośliny. Obniżenie stężenia środka właściwego jest w takiej sytuacji koniecznością dla uniknięcia fitotoksyczności. Jednak brak jest informacji o niezbędej skali redukcji stężenia. Sądzę, że redukcja powinna być około 50%. I trzeba obserwować skutki.

  12. Omega napisał:

    W jakiej ilości i postaci stosuje się sodę oczyszczoną na krzew róży na plamistość? na liście, czy cały krzew? samą sodę z wodą?

  13. reszke napisał:

    Ta strona jest rzeczywiscie dobra. Ja posiadam 85 krzewow roz, wielkokw, parkowych, pnacych. Choruja a jakze. Jak juz choroba wlezie, to niestety nie pomoze juz nic !!! Chocbys sobie watrobe wyprul . Ale opisze Wam cos , co mnie zaciekawilo. Otoz we Wiedniu jest Volksgarten a w tym ogromnym parku rozanym rosna wszystkie mozliwe odmiany roz.Maja tabliczki z nazwami. Zadne nie choruja.!!! Chwasty na ok 15 cm wysokie, dosc gesto. Ogrodnicy sa. Dlaczego te chwasty nie sa usuwane ? Nie widzialam podlewania. Oni twierdza, roza ma korzen palowy, nie wymaga podlewania.Malo tego, roze rosna w kregu z bukszpanow i nic sie nie dzieje. ALE CO TAM JEST INACZEJ NIZ W POLSCE ?? – Ano to : kiedy w dzien jest nawet 36 °C to w nocy 23 ÷25 °C . Nigdy mniej . We wrzesniu w dzien 19÷22 °C a w nocy 14 ÷16 . Ja mysle, ze tu jest pies pogrzebany. W Polsce w dzien 36 /w sloncu roze stoja/ a w nocy 15 °C . Za duze spadki temperatury. No i ich podloze jest gliniaste, nawet wierzchnia warstwa. A glina ma wlasciwosci niszczace wirusy , bakterie i grzyby. Dezynfekuje glebe. Zwrocilam sie z prosba o rade do tamtejszego ogrodnika , opisujac mu moje „gole”roze. A on : glina , kompost lub nawoz naturalny. Rosliny chca jesc. Wiec sprowadzilam gline /u mnie piaszczysta gleba/, podkopuje sie gleboko, podsypuje gline. Na wierzch sproszkowana gline do odkazenia.A a w listopadzie grubo na 6 cm kompostu lub nawozu naturalnego. Zobaczymy.Logiczne to jest. Pryskac jux nie bede, bo to nie ma sensu.Ewent.wyprobuje sode oczyszczons.Pokrzywa na niewiele sie zda. Jesli to nie pomoze, to pozegnam sie z rozami. Pozdrawiam

  14. Maja Zamroch napisał:

    W jednym na pewno ma Pani rację – ile można pryskać ? U mnie testuję różne odmiany od lat,te które co roku chorują(niezależnie od pogody) wykolegowuję :( nie po to mam ogród,żeby chlapać trucizną kilka razy w sezonie .
    Te,które corocznie marzną też traktuję bez sentymentu.
    I powiem szczerze – niewiele zostaje.

  15. Maja Zamroch napisał:

    Co do listy róż niewymagających oprysków,Teasing Georgia rzeczywiście nigdy nie choruje,ale trudno jej w naszym klimacie osiągnać pełnię swych możliwości. U mnie przetestowana i w pełnym słońcu w upale, i w cieniu prawie cały dzień,zawsze zdrowa,ale jeśli chodzi o kwitnienie – szału nie ma,bo zimą dostaje w kość.
    Oprysków nie wymaga też Rugelda i ta rozrasta się niebywale,nawet pomimo przemarznięcia.Kwiaty przepiękne ! Feler- wymaga podparcia.

  16. admin napisał:

    Ośmielę się powiedzieć, że ten rok był inny – jeżeli chodzi o czarną plamistość – ale dopiero 14 wpis zmobilizował mnie by ponownie napisać artykuł poświęcony tej chorobie.

  17. Kozak napisał:

    Mysle że opryski zabezpieczajace przed chorobami grzybowymi sa najskuteczniejsze tzn jesienia i wczesna wiosna, później to juz nic nie działa – chyba że oprysk po kazdym deszczu tak jak w sadownictwie. Efekt smogu nad ogrodem. Ale jakie sa najskuteczniejsze opryski jesienia ? słyszałam o dużej skuteczności mocznika 5%

  18. Danuta Pawlicka napisał:

    Pana wskazówki traktuję jako podstawowe abc pielęgnacji róż. Przede wszystkim w podtekście nie ma reklamy (nie zaliczam do niej preparatu Amistar), a to wyklucza wszystkie tzw. dobre rady.
    Mój ogród jest oddalony 25 km od domu, więc nie mam stałego kontaktu z różami (w największy upał podlewałam je tylko co drugi dzień). W tym roku nie mam problemu z „czarnymi” chyba dlatego, że każdy listek z plamką natychmiast usuwałam i przerzedzałam krzewy. I po raz pierwszy kupiłam odmiany ze znakiem ADR, mając nadzieję, że ułatwią pielęgnację na przyszłość. Dzięki wielkie za tekst! DP

  19. techki napisał:

    dużo przesady w kwękaniu. To raczej zakażenie, problematyczny ogród. Choroby uwidaczniają się jesienią, mszyce wiosną. Mam na zdjęciach dokładną datę i problemy. Podlewanie i nawożenie, szczególnie nawozem azotowym powoduje choroby i szkodniki. Nie jest niezbędne. Czyli znając termin można zawczasu zrobić kilka oprysków w roku(3).Na owady działał Mospilan, parafina z wodą, na grzyby Score(i Miedzian), soda z olejem jadalnym. No i obcinanie. Tragedii nie ma, a idealny wygląd można przewidzieć. Trochę nawozu na wiosnę i fosforowe(sic!) jesienią.

  20. Jacek Kondratowicz napisał:

    Nawożenie jesienią fosforem i potasem nie jest niczym niezwykłym. Sam robię tak od trzydziestu kilku lat,z tym,że jest to krowi obornik.Wszystkie róże uwielbiają ten nawóz.Trudno rozpuszczalne pierwiastki w glebie,fosfor i potas przez całą zimę są wiązane przez mikroorganizmy w formę łatwo przyswajalną dla korzeni. Taka praktyka była kiedyś powszechna u ogrodników opiekujących się dworskimi różankami i rozariami. Dziś co prawda,ten nawóz jest trudno dostępny ale jest w sklepach obornik preparowany,granulowany. Działa też dobrze no i oszczędza nosy ;-) Co ważne,nie „soli” nam gleby a zasolenie podłoża działa na róże fatalnie. Szczególnie na mieszańce herbatnie. Zgodzę się również co do cięcia. Wszystko co chore usuwać na bieżąco. Zdarza się,że czarna plamistość potrafi zaatakować także pędy a to już dla krzewu wyrok.

  21. S.Kicińska napisał:

    Czy wie Pan może dlaczego akurat krowi obornik?
    Stosuję 2-3 letni koński bo mam go pod dostatkiem, ale może lepiej będzie przywieźć krowi.

  22. Jacek Kondratowicz napisał:

    Nie ma potrzeby,koński jest również dobry.Chodzi tylko o dostępność. Obydwa różnią się tylko nieznacznie procentową zawartością wody.

  23. S.Kicińska napisał:

    Dziękuję

Napisz komentarz